…o kryzysie finansowym 2008

Dodany: Friday, October 24th, 2008

Zasadniczo, niezbyt mocno interesuję się polityką oraz tym, co się dzieje wokoło mnie w skali makroekonomicznej. Oglądanie wiadomości jest dla mnie stratą czasu, ba, od wielu lat nie mam nawet telewizora. Każdy żyje, mniej lub bardziej swoim snem i ja to akceptuję: dlaczego miałoby być inaczej? Od dawien dawna preferuję chodzenie swoimi własnymi mentalnymi ścieżkami które odpowiadają mi bardziej niż myślenie zgodne z rytmem medialnej papki. Ze zwykłej ciekawości postanowiłem bliżej przyjrzeć się toczącemu się w około kryzysowi finansowemu. Jakby nie patrzeć, planeta Ziemia to na dzisiaj mój świat – a 79kg męskiego ciała to fizyczna codzienność.

Zagoniłem do pracy Google oraz parę obijających się szarych komórek, wytrenowanych w rozumieniu zjawisk ekonomicznych na stosownym wydziale pewnej podrzędnej uczelni. Przyczyny kryzysu odkryłem w miarę szybko, w końcu pieją o tym wszyscy wokoło: rynek mieszkaniowy w USA. W latach 1998-2005 rosła tam bardzo szybko wartość nieruchomości. Co ciekawe, im bardziej puchł balonik cen, tym bardziej rosła podaż nowych mieszkań. W rekordowym 2005 roku oddano blisko 1.3 miliona nowych domów a akcje firm developerskich wywindowały pod niebiosa. Teoretycznie, zgodnie z prawem podaży i popytu, zwiększająca się oferta sprzedaży mieszkań powinna spowolnić wzrost cen. Początkowo jednak tak się nie działo, a to z racji łatwej, zdecydowanie zbyt łatwej dostępności pieniądza. Powszechnie dostępne były kredyty przekraczające 100% wartości nieruchomości, zaś w celu dalszej stymulacji popytu FED w rekordowym 2004 roku obniżył stopy procentowe do niespotykanie niskiej wartości – 1%. Niezwykłą niedbałością obdarzone były zasady ich przyznawania: dostawał je praktycznie każdy, kto chciał i kto pofatygował się aby odwiedzić brokera. Dlaczego? Broker otrzymywał bowiem premię od każdego udzielonego kredytu, zaś ryzyko niespłacalności banki i tak brały na siebie, więc nie było się czym specjalnie przejmować.

Tymczasem, w 2006 roku przyszło wyhamowanie, związane z nasyceniem rynku i spadkiem liczby ludzi zainteresowanych nieruchomościami. Coraz więcej osób zaczęło mieć problemy ze spłacaniem zobowiązań wobec banków – między innymi dlatego, że niskie oprocentowanie oferowane było często na promocyjnych zasadach na okres 1-2 lat, później kwota miesięcznej raty znacząco rosła. Ludzie przestali też kupować mieszkania w celach inwestycyjnych – zrozumiano bowiem, że cena nieruchomości, wbrew temu, co sądzą co niektórzy, nie może rosnąć w nieskończoność.

W tym momencie nasuwa się pytanie zasadnicze dla całego tekstu: jakim cudem fakt, iż jakiś statystyczny John Kowalski przestał spłacać swoje kredyty, wpłynął na globalne zawirowania na rynkach finansowych? Aby to zrozumieć, należy przyjrzeć się nieco jak owe rynki funkcjonują.

Zacznijmy zatem od podstaw. Zasadniczo proces kreacji kredytów ma się następująco: zgodnie z konwencjami Bazylejskimi, na każde 1000$ udzielonego kredytu, bank ma obowiązek zdeponować od 8-12% jego wartości, czyli 80-120$. Jasno widać tutaj pewną zależność – im więcej pieniędzy zgromadzi bank, tym więcej kredytów jest w stanie udzielić. Ponieważ bank generalnie zarabia na ich udzielaniu – a ściślej, generowanych przez nie odsetkach, im więcej udzielonych kredytów, tym lepiej dla banku. Do tego jednak potrzeba większych zasobów gotówki aby pokrywać niezbędne zabezpieczenia. Ważne też  aby jakoś pozbyć się ryzyka związanego z nadmiernym ich rozdawnictwem.

W tym celu narodziły się w pod koniec lat 80-tych i na początku 90-tych nowe, świeżutkie i łatwym dolarem pachnące instrumenty pochodne (ang. derivatives). Należą do nich takie gwiazdy dzisiejszego artykuły jak CDO (ang. Collateralized Debt Obligations) oraz coś, o czym póki co stosunkowo niewiele sie mówi czyli CDS (ang. Credit Default Swap). Ich wartość zbudowana została w znacznej mierze na kredytach hipotecznych, w tym na tzw. kredytach subprime – czyli udzielanych osobom o podejrzanej historii kredytowej, często zwyczajnie niezdolnym do ich spłacania, jak nasz John Kowalski.

W klasycznym podejściu, banki udzielają kredytu – po czym stopniowo, zwykle w ciągu 20-30 lat, następuje jego spłata, czyli powolne spływanie zysku. No, ale kto ma tyle czasu w dzisiejszym świecie? Specjaliści od inżynierii finansowej wpadli na następujący pomysł – zamiast przez lata wypatrywać, aż John zapłaci całość kasy, wyprodukowali obligacje, których zabezpieczeniem miały być nieruchomości – a ściślej, wartość zaciągniętych na nie kredytów. Oczywiście, nikt rozsądny nie kupiłby obligacji, której zabezpieczeniem byłby kredyt zaciągnięty przez śmierdzącego wódą, czosnkiem i kiełbasą syna polskich emigrantów. Dlatego CDO zaczęto sprzedawać w transzach, w których dla zamydlenia obrazu – łączono hipoteki porządnych obywateli wraz z tymi potencjalnie niewypłacalnymi. W efekcie, powstawały całkiem wiarygodnie wyglądające papiery wartościowe, które – w zamian za obiecane zyski z oprocentowania, kupowali praktycznie wszyscy na całym świecie. Rzecz jasna, obligacje sprzedawano za żywą gotówkę, co pozwalało bankom na dalsze rozkręcanie mechanizmów kredytowych, czytaj: generować dalsze zyski.

Aby zrozumieć, dlaczego udało się nabierać inwestorów na owe papiery, należy przyjrzeć się kolejnemu, cichemu i często pomijanemu, ale niezwykle istotnemu graczowi w całej aferze – agencjom ratingowym (CRA, ang. Credit Rating Agency). Najstarsze z nich, założone zostały ponad 100 lat temu, niemniej, do lat 70-tych ubiegłego stulecia nie odgrywały znaczącej roli na rynku. Upadek Penn Central i związane z nim konsekwencje spowodowały zwrócenie się inwestorów ku ratingom publikowanym przez owe instytucje. Jak to działa? Podobnie jak uczeń oceniany jest w szkole, agencja ratingowa ocenia wiarygodność instytucji lub instrumentu finansowego w 21-stopniowej skali, gdzie najwyższa ocena AAA oznacza najmniejsze ryzyko inwestycyjne. Pierwsze dziesięć stopni w owej skali to tzw. „grade investments” – czyli instrumenty mające teoretycznie przynosić zyski przy niewielkim ryzyku dla inwestora. Ocena C oznacza bankruta lub papier bez pokrycia, czyli, taki finansowy odpowiednik papieru toaletowego.

Przeskok do grupy „grade investment” z reguły oznaczał dramatyczny wzrost zainteresowania – a przez co, wzrost wartości odpowiedniego papieru. Stąd też, banki zainteresowane były, aby emitowane przez nie papiery miały odpowiednio wysoki rating. I tutaj dochodzimy do malutkiego paradoksu – otóż, agencje ratingowe to zwykłe, rynkowe firmy o charakterze komercyjnym, które zarabiają pieniądze wówczas, kiedy bank akceptuje wystawioną przezeń ocenę. Jakie to stwarza pole do nadużyć, to można sobie śmiało wyobrażać – w 2007 roku wybuchła afera, kiedy najstarsza na świecie agencja – Moody – poinformowała o „błędzie w modelu komputerowym”, który powodował przecenianie wartości papierów pochodnych. Im lepsza ocena, tym wyższy zysk dla agencji, więc w rezultacie w latach 2002-2007 – czasie największego rozkwitu rynku derivatives – ich dochody uległy potrojeniu. Aby było jeszcze pikantniej: agencje dawały bankom zupełnie legalne pole do manipulacji w zakresie tworzenia transz – czyli jesli transza wydawała się podejrzana, bank był o tym informowany i mógł zmieniać jej parametry tak długo, aż agencja wystawiła pożądaną ocenę. CRA stosowały zupełnie przestarzałe metody do oceny ryzyka, oparte o historyczne dane z czasów, kiedy o CDO nikt nie słyszał, a także – miały niewielki wgląd jeśli chodzi o hipoteki, które miały stanowić zabezpieczenie obligacji. Można zatem zrozumieć, że powstałe w taki sposób ratingi warte były mniej więcej tyle, co zakrapiany tanim winem czanelling wujka Stanisława z Plejadanami – po ostatnich przewartościowaniach, w ekstremalnych przypadkach oceny obniżano aż o 21 punktów – czyli z cudownej księżniczki zamieniały się w okropną wiedźmę.

Tymczasem, większość inwestorów słuchała ratingów jak świnia grzmotu i kupowała papiery praktycznie w ciemno, posługując się cudzymi opiniami bez prowadzenia własnej ich weryfikacji. Zresztą, brak przejrzystości finansowej publikujących je instytucji skutecznie to uniemożliwiał, dlatego też – w pewnym sensie, owe – chyba niewiele przesadzę, jeśli powiem że wyssane z palca – ratingi były w ostatniej dekadzie jedynymi kryteriami zakupu dla inwestorów rozsianych na całym świecie. Wg Securities Industry and Financial Markets Association, w 2004 roku w taki sposób upłynniono 157 miliardów dolarów, 272 miliardy w 2005, oraz po ponad 500 miliardów w roku 2006 i 2007. W efekcie globalny rynek CDO na koniec 2007 roku szacowany był na ponad 2 biliony dolarów.

Nie trudno sobie wyobrazić, co dzieje się w tej finansowej piramidzie, kiedy John i setki innych jemu podobnych przestają spłacać kredyty – coraz więcej domów nie znajduje nabywców przez co cena pikuje w dół, oparte o ich wartość CDO powoli zamieniają się w bezwartościowe papiery; inwestorzy odpisują straty i nie dostają obiecanych odsetek, bank również traci i obniża prognozy zysków, w konsekwencji czego akcje lecą na łeb i zaczyna się panika – wystraszeni ludzie obawiający się upadku zaczynają wypłacać lokaty; agencje ratingowe obniżają notowania wobec czego inne instytucje tracą zaufanie i przestają pożyczać podejrzanemu, zachwiana zostaje płynność finansowa i pozbawiony dopływu żywej gotówki bank – finalnie kona.

Mniej więcej taką śmiercią zginęła cała piątka banków inwestycyjnych w USA.

Jeśli w tym momencie, drogi Czytelniku, uważasz, że to wszystko jest strasznie śmierdzącym, plugawym przekrętem amerykańskich kowbojów, to znaczy, że tak naprawdę jeszcze nie poznałeś aromatu prawdziwego finansowego gówna ;-)

Otóż kupa ta nosi oficjalną nazwę CDS (ang. Credit Default Swap). W teorii CDSy powstały po to, aby chronić przed ryzykiem kredytowym i przenosić go na instytucje trzecie. Praktycznie jest to forma ubezpieczenia –  bank sprzedaje ryzyko kredytowe instytucji trzeciej w zamian za finansowe gratyfikacje.  Znaczy się – jak coś padnie na pysk, np. niewypłacalna jest jakaś transza CDO, to teoretycznie bank powinien otrzymać odszkodowanie. Przypomina to zwykłe ubezpieczenie ale nim nie jest – geniusze z JP Morgan, twórcy CDS, sprytnie ominęli rynkowe regulacje rynku ubezpieczeń nazywając owe umowy „swap”. W rezultacie, zakres stosowania CDS nie ograniczył się tylko do banków, lecz rozrósł się przerastając wszelkie wyobrażenia i dając ogromne pole do najrozmaitszych spekulacji finansowych – przykładowo 10 milionów dolarów ryzyka kredytowego potrafiło spokojnie spuchnąć do 200 milionów w wyniku sprzedaży CDS na ten sam kontrakt różnym instytucjom. Inwestorom, a raczej, spekulantom, ewidentnie pomógł w tym amerykański rząd – forsując w 2000 roku ustawę zabraniającą jakichkolwiek regulacji rynku instrumentów pochodnych. Jeden ze współautorów, senator Phil Gramm określił ją na łamach prasy (tłumaczenie własne za CNN) jako „chroniącą instytucje finansowe przed nadmiernymi regulacjami… oraz gwarantującą globalną dominację USA na rynkach finansowych”.

W efekcie transakcje CDS zawierać można przez telefon, bez jakichkolwiek ograniczeń czy konieczności trzymania durnych depozytów. Wiele firm węsząc łatwe zyski i spekulując, że wszystko pójdzie zgodnie z planem i rynek będzie rósł, kupowało owe kontrakty, bez jakiejkolwiek możliwości udzielania wypłat. Aby uświadomić sobie skalę istniejących powiązań, wystarczy wspomnieć, że dwa największe amerykańskie banki – Watchovia oraz Citigroup sądzą się o 50 milionów dolarów z lilipucim funduszem hedgingowym z siedzibą na Wyspach Normandzkich, który zaryzykował 40% swojego kapitału dla zaledwie dwóch umów CDS. Malutki oddzialik jednego z największych ubezpieczycieli na świecie – AIG, w stosunkowo krótkim czasie przyniósł 14 miliardów dolarów strat, doprowadzając firmę na skraj bankructwa (ewidentnie, ubezpieczyciel się nie ubezpieczył). Gdyby nie plan ratunkowy amerykańskiego rządu – upadek AIG spowodowałby, na zasadzie śnieżnej kuli, lawinową falę bankructw innych instytucji.

Ale ubezpieczenia to nie wszystko. CDS to również hazard: jeśli zakładasz, ze pijany wujek Staszek rozbije swoje auto, idziesz do instytucji finansowej i zawierasz kontrakt, w którego stawką jest to wydarzenie. Jeśli auto zostaje rozbite – to dostajesz odszkodowanie w uzgodnionej sumie, jak nie – tracisz kwotę konieczną na wykup kontraktu (z reguły jest to niewielki procent transakcji). Gwiazda w tej dziedzinie – amerykański fundusz John Paulson of Paulson & Co. zarobił w 2007 roku ponad 15 miliardów dolarów głównie na zakładach, kto zbankrutuje. Aby zrozumieć, w jakie skrajności popadły finansowe instytucje z Wall Street, wspomnieć należy  dostępne są CDSy, w których obstawia się np. niewypłacalność rządu USA. I można byłoby się nawet z tego pośmiać, gdyby nie skala podjętych zobowiązań.

Rynek CDS jest gigantyczny: coś, co dziesięć lat temu było finansową kijanką, przerodziło się w potwora, który na koniec 2007 roku, jak podaje ISDA, wart był niewyobrażalną wręcz sumę 62 bilionów dolarów. Jest to wielkość przekraczającą roczny PKB dla całej planety, a mówiąc bardziej po ludzku – kwota przekraczającą roczną wartość wyprodukowanych dóbr i usług przez wszystkich ludzi i wszystkie firmy na całej planecie, szacowaną na ok. 54 biliony dolarów. Nie dziwne zatem, że amerykański inwestor i filantrop Warren Buffett nazwał CDS „finansową bronią masowego rażenia”. W końcu, jeśli przyszłoby do wypłat kontraktów, cały system finansowy świata runąłby jak domek z kart – zwyczajnie, firmy nie byłyby w stanie zrealizować zobowiązań z tytułu wypłat CDS, co szybko zakończyłoby egzystencję wielu z nich. Cały system ekonomiczny świata siedzi na potężnej, finansowej bombie.

Tak w bardzo dużym uproszczeniu wyglądała w ostatnich latach działalności kowbojów – bo chyba trudno nazywać ich inwestorami – z Wall Street, prowadząca do obecnej napiętej sytuacji na rynkach finansowych. Pominąłem jednak pewną rzecz. Najważniejszą.

Przyczynę kryzysu.

Cokolwiek by o tym nie mówić i kogokolwiek by nie obwiniać, dla mnie fundamentalna pra-przyczyna jest jedna: chciwość, która została wpisana w ramy kapitalistycznego systemu pod ładnie brzmiącą nazwą maksymalizacji zysku. Maksymalizacja zysku wbijana nam jest jako naczelny cel działania każdego przedsiębiorstwa, jako wartość najwyższa, naczelna i najbardziej ze wszystkich pożądana. Amerykańskie firmy naginając reguły wyeksploatowały ją do granic możliwości. Jakość i wartość ludzkiej egzystencji przedstawiana i oceniana jedynie w kategorii mierników finansowych. W globalnym rachunku ekonomicznym cyfry stały się ważniejsze od człowieka, zaś podstawowe ludzkie wartości zastąpił rachunek strat i zysków.

Niestety, krachy podobne do tego będą nadal się zdarzać dopóki, doputy cały system nie ulegnie przewartościowaniu. Racje miał znany finansista, George Soros, pisząc w swojej książce „The Crisis of Global Capitalism: Open Society Endangered” (moje dowolne tłumaczenie):

„Korporacje nie mają za cel tworzenia miejsc pracy: korporacje zatrudniają pracowników (tak niewiele i tanio jak tylko możliwe) w celu tworzenia zysku. Opieka zdrowotna nie ratuje życia: świadczy swoje usługi w celu generowania zysku. Kompanie naftowe nie chronią środowiska: trzymają się regulacji i dbają o swój publiczny image. Pełne zatrudnienie, dostępna opieka zdrowotna i zdrowe środowisko naturalne, może, pod pewnymi warunkami, stać się produktami ubocznymi procesu rynkowego.”

Ile kryzysów jeszcze nam trzeba aby wyrwać ludzkość z tego psychodelicznego snu?


9 Responses to “…o kryzysie finansowym 2008”

  1. Ishi Says:


    Visit Ishi

    Bardzo ciekawy tekst :)

  2. Paweł Says:


    Visit Paweł

    Witam,

    Bardzo ciekawe co piszesz. Zastanawiam się właśnie jak teraz kryzys dotyka ludzi w UK, jak to się odbija na codzienności. Zawsze chętnie podejmę temat na priv.
    pozdrawiam serdecznie

    Elijah: Paweł, porozmawiałbym z Tobą na ten temat prywatnie – ale chyba nie ma o czym – w życiu codziennym jakoś znaczących różnic nie zauważyłem, no może poza ceną paliwa, która wróciła do normalnego poziomu ;) Z pewnością sporo na mieszkaniach stracił mój znajomy, developer. Reszta ludzi – z tego co widzę, żyje jak poprzednio… Jakby nie paniczne wieści w TV i prasie, w ogóle nie wiedziałbym, że jest jakiś kryzys ;)

  3. astromaria Says:


    Visit astromaria

    “Ile kryzysów jeszcze nam trzeba aby wyrwać ludzkość z tego psychodelicznego snu?” Stanie się to możliwe dopiero wtedy, gdy ludzie staną się nieśmiertelni. Jako śmiertelnicy zabierają pamięć do grobu, a nowe pokolenia wchodzą w życie naiwne i głupie. Jak wiadomo, na cudzych doświadczeniach uczyć się nie da. Jak się nie przewrócisz, to się nie nauczysz.
    A w szkole tego nie uczą. I pewnie uczyć nie będą.
    A nawet, gdyby stali się nieśmiertelni, zawsze znajdzie się jakaś nowa, nieznana wcześniej forma przekrętu, na którą dadzą się nabrać, bo jeszcze tego nie przerobili na własnej skórze.

    Elijah: Nieśmiertelność nic nie da. Potrzebna jest świadomość, narodziny nowego myślenia. To już się dzieje – od jakichś kilkudziesięciu lat transformacja ruszyła, zaś ostatnio przyspieszyła niepomiernie ;)

  4. Paweł Says:


    Visit Paweł

    polecam:
    http://astromaria.wordpress.com/2008/10/24/skad-biora-sie-takie-kryzysy-jak-obecny/

    Elijah: Dzięki, widziałem i nawet zostawiłem tam swój komentarz ;)

  5. Leszek Says:


    Visit Leszek

    Kilka dni temu napisalem taki tekst. Bardzo sie to wiaze scisle z tym co napisales. Postanowilem go wiec umiescic jako komentarz :-)

    Przychylam sie do zwolennikow tendencji oslabiania sie dolara i roli USA w swiecie. Poszedlbym jeszcze dalej i stwierdzil, ze gospodarka i swiat nie bedzie juz nigda taka sama jak przed obecnym szokiem finansowym. Dzisiaj czytalem ciekawa relacje dziewczyny mieszkajacej w Szanghaju. Pisala w pewnym momencie, ze Chinczycy niczego nie wyrzucaja za szybko, naprawiaja wszystko poczawszy od bardzo starych urzadzen domowych, przez odziez, buty itp. Nie zdawala sobie prawdopodobnie do konca sprawy jakie z szerszego ekonomicznego punktu widzenia ma to ogromne znaczenie. To wlasnie ta chinska mentalnosc, gospodarnosc i oszczednosc zbudowala najwieksze rezerwy walutowe w swiecie. Mam nadzieje, ze obecna wewnetrzna polityka Chin dazaca do pobudzenia popytu wewnetrznego majacego zastapic stopnialy eksport nie zmieni tak waznej mentalnie cechy zwyczajnych Chinczykow. To kraje azjatyckie nalepiej radza sobie z obecnymi trudnosciami i wiele wskazuje, ze tam nastapi nowy swiezy ekonomiczny impuls. Swiat sie zmienia, sadze na lepsze i jest to moment i miejsce na podjecie wielu filozoficznych tematow wyplywajacych bezposrednio z zawalania sie obecnego systemu finansowego i ekonomicznego. Zdrowa ekonomia przyszlosci to dostarczanie produktow rzeczywiscie ludziom potrzebnych i w wiekszej mierze sprzedawanych za gotowke. Oszczednosc i rozwaga w dokonywaniu zakupow przez konsumentow /jak np. wspomniani Chinczycy/moze odgrywac wieksza role niz mozliwosc kreowania przez reklame sztucznych potrzeb uleglym konsumentom. To odchodzenie od gospodarki globalnej do bardziej autonomicznej w kazdym kraju.Globalizacja to to samo co kompletny brak dywersyfikacji w portfelu akcji, to odbieranie szans kazdemu krajowi na samodzielne rzadzenie i mozliwosc obrony przed nieodpowiedzialnoscia ekonomiczna niektorych krajow /glownie USA/. Jak do tej pory wszystkie proby wychodzenia z kryzysu polegaja na powielaniu starych metod i odbudowie starych struktur finansowych. Obecne lobby trzymajace swiatowa gospodarke w swoich rekach zaciekle broni swoich pozycji. Sadze jednak, ze czesc tych wplywowych kregow uswiadamia sobie juz nadchodzace niuchronnie zmiany. ktore choc sie juz rozpoczely nie wejda w decydujaca faze jutro ani pojutze. Tak wiec, to co najlepszego mozemy zrobic indywidualnie dla swiata to zajac sie soba, podnoszeniem swojej osobistej wibracji i ulepszaniem wlasnego zycia…

    Leszek

  6. Ania Says:


    Visit Ania

    Ciekawy artykul. Przeczytalam, poniewaz jutro bede miec przyjemnosc spotkac sie z Pania Blythe Masters, dyrektor z JP Morgan, ktora to podobno jest uwazana za pomyslodawczynie CDR i posrednia sprawczynie kryzysu finansowego (jak to ja ochrzcila prasa).

  7. elijah Says:


    Visit elijah

    Aniu,
    ciekawe, napisz mi może jakieś wnioski z tego spotkania jak będziesz miała okazję tutaj kiedyś zajrzeć, ok?

  8. Ania Says:


    Visit Ania

    Czesc, moge powiedziec ze Blythe jest na pewno jedynym z prawdziwych rekinow Wall Street jednakze musze obalic mit ze jest ona tworczynia CDR – Blythe temu sama zaprzeczyla. Byla ona jedna z osob ktore najwczesniej zaczely nimi handlowac w JP Morgan ale nie jest ich autorka.

  9. Viki Says:


    Visit Viki

    Witam.

    Cieszę się że myślisz w tej kwestii tak samo jak ja:)
    Dla mnie to duchowe wsparcie w gąszczu opinii potępiających takie poglądy.
    Tak myślących, puste media określają mianem: “wyznawcy teorii spiskowych”.

    Pozdrawiam.


Dodaj komentarz