Opuściwszy piękną i pełną wrażeń oraz słońca Grecję udałem się do Mediolanu. Pierwsze wrażenia z pobytu w tym mieście dość przeciętne: energetycznie bardzo przypomina Warszawę, czyli typowe miasto handlu i biznesu. Zniechęciłem się nieco, nie przepadam za tak “ukierunkowanymi” zbiorowymi energiami, gdyż nie wpływają na mnie specjalnie inspirująco. Tak przynajmniej myślałem na początku: w pewnym momencie pojawiła się myśl, że zamiast te energie negować, lepiej je zaakceptować. Efekty były nadspodziewanie pozytywne. Raz, że poczułem wielką ulgę i zrobiło się wokoło mnie znacznie przyjemniej, dwa, zdumiał mnie efekt pozytywnego oddziaływania owej energii: najpierw jeden telefon, potem następny i po krótkich negocjacjach wystawione na sprzedaż - od blisko trzech tygodni - auto znalazło nowego właściciela!
Oto jak Mediolan okazał się dla mnie prawdziwym miejscem biznesu. I zarazem przykład jak aktywnie wykorzystywać wibraje danego miejsca ;)
Mediolan to także niezwykle przyjemny dzień z koleżanką D., która okazała się przemiłą i fantastyczną osobą i świetnie zrelaksowałem się w jej towarzystwie. Dodam też, że dostała ona ode mnie Złotą Palmę za najbardziej piękne, niezwykłe, tajemnicze i pełne Światła oczy, jakie w życiu widziałem. Fenomen tym większy, iż historycznie jestem fanem ciemnych oczu, tymczasem tą zaszczytną nagrodę otrzymał egzemplarz w kolorze niebieskim :) Dziś nieco żałuję, że nie zrobiłem żadnej fotografii (naprawdę, sam się sobie dziwię), ale być może, należy je ujrzeć na żywo, aby w pełni docenić ów nieprzeciętny urok i blask :)
Następym etapem podróży były włoskie Alpy i niewielka wioska Tesino, tak fotogeniczna, że zasłużyła na więcej zdjęć niż Mediolan. Dwa pozostałe fenomeny tej miejscowości to… moi gospodarze ;) Wielkie pozytywne zadziwienie spawiła mi kuzynka, która wyprała i wyprasowała mi wszystkie brudne rzeczy. Dla kogoś to może drobiazg, ale wielki, bo uświadomił mi jak bardzo niezależnym stałem się mężczyzną - naprawdę nie pamiętam kiedy ostatnio kobieta sprawiłaby mi taki prezent.
Druga postać to G., mój niedoszły ojczym. Swego czasu przy jego sporym udziale znalazłem się bez dachu nad głową, golutki i wesolutki - ze świeżym dyplomem magistra podrzędnej politechniki, praktycznie bez żadnego doświadczenia zawodowego, z 1 tys. PLN w kieszeni, 5 tys. PLN długu w postaci kredytu studenckiego oraz przy bezrobociu sięgającym blisko 20% stanęło przede mną ambitne zadanie odszukania swojej drogi w życiu.
Dałem rady.
Przyznaję jednak szczerze: nie raz klnąłem faceta za to, że straciłem swój dom, a świadomość, że nie ma dokąd wracać, przez długi czas przybijała mnie do ziemi. Tymczasem, dzisiaj dziękuję z całego serca za to doświadczenie: dzięki temu stałem się silnym, niezależnym i zaradnym, a także odważnym człowiekiem nie bojącym się nowych wyzwań. Rozwinęło mnie to również duchowo: miałem okazję nie raz praktykować hunę i poznawać, jak doskonale działają mechanizmy kreacji na planie materialnym. Stałem się wolny i spoglądam z ogromnym zaufaniem na życie. Zaś dzięki przebaczeniu, relacja z G. uległa takiej transfomacji, że rozstawaliśmy się we Włoszech ze szczerymi łzami wzruszenia w oczach.
I tu jeszcze jeden ważny komentarz odnośnie tego “negatywnego” wydarzenia pt. utrata domu. Miałem zaszczyt doświadczyć całej masy rozmaitych duchowych przeżyć, wglądów, doznań, kontaktów, itd. które nie przydarzają się “zwykłym” ludziom, jednakże szczerze i uczciwie mógłbym nazwać się duchowym mistrzem chyba dopiero wówczas, kiedy prawdziwie i dogłębnie zrozumiałbym sens wszystkich negatywnych doświadczeń, które miały miejsce na przestrzeni setek moich wcieleń na tej planecie. Chciałbym zobaczyć ich wpływ na całość mojego życia tak, jak owo doświadczenie wpłynęło na ukształtowanie mnie takiego, jakim teraz jestem. Myślę, że ogarnięcie owej całości i poznanie doskonałej Jedności Życia to prawdziwe Mistrzostwo, takie przez duże “M”.
Kto wie, jak Pietrucha pozwoli, to może pewnego dnia to się dokona? ;)