Dzień dobry w Nowym Roku!
Szczęśliwego Nowego Roku!
(może późno, ale lepiej niż wcale ;)
(poza tym, 2012 wciąż jest relatywnie „nowy” ;)
Z tym oto noworocznym przywitaniem zapytuję Was zarazem: jak postępuje realizacja noworocznych postanowień? U mnie postępuje praktycznie doskonale – a to dlatego, że nie wyznaczyłem sobie absolutnie żadnych celów na ten rok. Kto powiedział, że zawsze trzeba być niesłychanie ambitnym? Nie oznacza to jednak, że nic nie będę robił. Od samego początku 2012 roku dzieje się dużo, tak dużo, że aż oniemiałem z wrażenia i usiłuję pozbierać się po karmicznej burzy, która mocno zachwiała moim wnętrzem i zewnętrzem ;)
Miesięczna podróż po Azji (tak, wiadomo już, gdzie byłem, zresztą Ci, co są podlinkowani do mojej galerii wiedzą już o tej podróży) zaowocowała zupełnie nowym spojrzeniem na rzeczywistość wykraczającą poza nasze, chciał nie chciał, prawie już zachodnie, nowoczesne spojrzenie. Opiszę to wkrótce przy okazji publikowania zdjęć. O niebo ważniejsze: wycieczka ta zaowocowała zaciśnięciem emocjonalnych więzi z H., kobietą o której już tutaj wcześniej pisałem. Szarpnęło mnie, i to tak porządnie, że wracałem do Australii ze łzami w oczach, dosłownie. Fakt pozostawienia, kilka tysięcy kilometrów z dala od siebie, zupełnie fantastycznej osóbki, z którą przeżyłem w krótkim czasie całe mnóstwo przecudownych chwil nie pasował mi tak bardzo, że przez blisko dwa tygodnie dochodziłem do siebie po tym, co się wcześniej wydarzyło.
Aby było ciekawiej, wypaliło się morze karmy w mojej, tak, teraz mogę już ją nazwać – byłej pracy i zupełnie niespodziewanie spadła mi na głowę całkowicie fantastyczna, nowa oferta. I to taka, której nie sposób odrzucić – idealnie pasująca do moich kwalifikacji, 20 minut spacerem od domu, od jednej z najbardziej poważanych instytucji w mojej branży (za ambicjami na znalezienie się w światowej piątce), za pieniądze, o których 10 lat temu nawet nie śmiałem marzyć.
Podsumowując: jest miłość, jest praca, są podróże, samorealizacja i pieniądze.
O czym więcej można marzyć?
O całkowitym spełnieniu duchowym. Bez tego, przynajmniej dla mnie, wszystkie inne pozostałe rzeczy nie mają większego znaczenia. Wszystkie te zawirowania spowodowały u mnie niekontrolowany natłok myśli, który zaczął mnie, delikatnie rzecz ujmując, obciążać. I w tym momencie trafiłem na tekst mistrza Maharashiego, porównujący nasze życie do jazdy pociągiem.
Cały czas poruszamy się do przodu, wioząc ze sobą i niepotrzebnie analizując i przetwarzając bagaż myśli. Czy jednak potrzebne jest nam, aby go targać ze sobą, skoro i tak jesteśmy w pociągu i poruszamy się cały czas naprzód? Oczywiście, że nie. Dlatego mistrz zaleca porzucenie tego bagażu i powierzenie go Bogu, który jest owym alegorycznym pociągiem, maszyną wprawiającą wszystko w ruch. Naszym najwyższym i ostatecznym celem powinno być skoncentrowanie się na poznawaniu naszej prawdziwej natury, prawdziwego Ja które istnieje poza myślami i rzeczywistością, jaką widzimy. Naszym prawdziwym celem jest doświadczenie absolutnego szczęścia, które jest poza kreacjami naszego (lub zbiorowego) umysłu.
Tak, to może być mój główny cel na ten rok, a może nawet i na całe życie. Spotkanie z oświeconym mnichem, o którym napiszę już wkrótce, zdecydowanie pomogło mi zrozumieć sens tego celu.
Zanim to nastąpi, polecam po rozkoszować się galerią zdjęć z Kuala Lumpur, miasta które było moim pierwszym przystankiem w trakcie miesięcznej podróży po Azji Południowo-Wschodniej.
