Dzień dobry w Nowym Roku!

Dodany: Sunday, February 5th, 2012

Szczęśliwego Nowego Roku!
(może późno, ale lepiej niż wcale ;)
(poza tym, 2012 wciąż jest relatywnie „nowy” ;)

Z tym oto noworocznym przywitaniem zapytuję Was zarazem: jak postępuje realizacja noworocznych postanowień? U mnie postępuje praktycznie doskonale – a to dlatego, że nie wyznaczyłem sobie absolutnie żadnych celów na ten rok. Kto powiedział, że zawsze trzeba być niesłychanie ambitnym? Nie oznacza to jednak, że nic nie będę robił. Od samego początku 2012 roku dzieje się dużo, tak dużo, że aż oniemiałem z wrażenia i usiłuję pozbierać się po karmicznej burzy, która mocno zachwiała moim wnętrzem i zewnętrzem ;)

Miesięczna podróż po Azji (tak, wiadomo już, gdzie byłem, zresztą Ci, co są podlinkowani do mojej galerii wiedzą już o tej podróży) zaowocowała zupełnie nowym spojrzeniem na rzeczywistość wykraczającą poza nasze, chciał nie chciał, prawie już zachodnie, nowoczesne spojrzenie. Opiszę to wkrótce przy okazji publikowania zdjęć. O niebo ważniejsze: wycieczka ta zaowocowała zaciśnięciem emocjonalnych więzi z H., kobietą o której już tutaj wcześniej pisałem. Szarpnęło mnie, i to tak porządnie, że wracałem do Australii ze łzami w oczach, dosłownie. Fakt pozostawienia, kilka tysięcy kilometrów z dala od siebie, zupełnie fantastycznej osóbki, z którą przeżyłem w krótkim czasie całe mnóstwo przecudownych chwil nie pasował mi tak bardzo, że przez blisko dwa tygodnie dochodziłem do siebie po tym, co się wcześniej wydarzyło.

Aby było ciekawiej, wypaliło się morze karmy w mojej, tak, teraz mogę już ją nazwać – byłej pracy i zupełnie niespodziewanie spadła mi na głowę całkowicie fantastyczna, nowa oferta. I to taka, której nie sposób odrzucić – idealnie pasująca do moich kwalifikacji, 20 minut spacerem od domu, od jednej z najbardziej poważanych instytucji w mojej branży (za ambicjami na znalezienie się w światowej piątce), za pieniądze, o których 10 lat temu nawet nie śmiałem marzyć.

Podsumowując: jest miłość, jest praca, są podróże, samorealizacja i pieniądze.

O czym więcej można marzyć?

O całkowitym spełnieniu duchowym. Bez tego, przynajmniej dla mnie, wszystkie inne pozostałe rzeczy nie mają większego znaczenia. Wszystkie te zawirowania spowodowały u mnie niekontrolowany natłok myśli, który zaczął mnie, delikatnie rzecz ujmując, obciążać. I w tym momencie trafiłem na tekst mistrza Maharashiego, porównujący nasze życie do jazdy pociągiem.

Cały czas poruszamy się do przodu, wioząc ze sobą i niepotrzebnie analizując i przetwarzając bagaż myśli. Czy jednak potrzebne jest nam, aby go targać ze sobą, skoro i tak jesteśmy w pociągu i poruszamy się cały czas naprzód? Oczywiście, że nie. Dlatego mistrz zaleca porzucenie tego bagażu i powierzenie go Bogu, który jest owym alegorycznym pociągiem, maszyną wprawiającą wszystko w ruch. Naszym najwyższym i ostatecznym celem powinno być skoncentrowanie się na poznawaniu naszej prawdziwej natury, prawdziwego Ja które istnieje poza myślami i rzeczywistością, jaką widzimy. Naszym prawdziwym celem jest doświadczenie absolutnego szczęścia, które jest poza kreacjami naszego (lub zbiorowego) umysłu.

Tak, to może być mój główny cel na ten rok, a może nawet i na całe życie. Spotkanie z oświeconym mnichem, o którym napiszę już wkrótce, zdecydowanie pomogło mi zrozumieć sens tego celu.

Zanim to nastąpi, polecam po rozkoszować się galerią zdjęć z Kuala Lumpur, miasta które było moim pierwszym przystankiem w trakcie miesięcznej podróży po Azji Południowo-Wschodniej.


Urlop

Dodany: Friday, December 2nd, 2011

To już trzeci post dzisiaj, pobiłem wszelkie rekordy, ale jest ku temu powód ;)

Wyjeżdżam na cały miesiąc, nie wiedząc, jak będzie wyglądał temat mojego dostępu do Internetu. Życzę Wam miłej zabawy, hucznych obchodów Dnia Górnika, smacznego jajka, dobrze ugotowanego baranka, mineralnego Sylwestra i czego tam jeszcze sobie, choinka, życzycie ;)

Nie zdradzam gdzie jadę, poznacie po zdjęciach jak wrócę ;) Jako małą ciekawostkę zdradzę: w zupełnie niespodziewanych okolicznościach przyrody i tego, niepowtarzalnej, dzięki pewnej młodej azjatce, spotkam się w drugiej połowie grudnia z buddyjskim mnichem, uznającym się za oświeconego. Właściwie, to nie jest mnichem, bo ma żonę: ale był nim w poprzednim i będzie też w następnym wcieleniu. Dość niezwykle zapowiada się to spotkanie: jego żona, która uważa go za bardziej zaawansowanego w rozwoju, potrafiła bez problemów mówić o moich przeszłych wcieleniach. Dodatkowo, spotkamy się w miejscu, które UNESCO uznało za miasto światowego dziedzictwa kultury. Interesujące, nieprawdaż? :)

Boże, uwielbiam i kocham swoje życie.
Was też uwielbiam, mordy Wy moje :)
Ściskam i do usłyszenia wkrótce!


Pomoc – Ania

Dodany: Friday, December 2nd, 2011

Co jakiś czas dostaję wiadomości z pytaniami i prośbą o pomoc. Przyznaję, że często zdarza mi się je ignorować – pomimo posiadania pewnych umiejętności, nie wykorzystuję ich w tej chwili w praktyce. Powodów jest wiele ale najważniejszy z nich jest dość prozaiczny: po prostu moje obecne doświadczenie kieruje moje kroki w inne strony. Nie jestem zawodowym terapeutą, choć mógłbym być i kto wie, może kiedyś jeszcze będę.

Ignorowanie wiadomości od czytelników nie było jednak dla mnie miłe: z natury jestem pomocny i uczynny, dlatego czułem się z tym dość niekomfortowo. Dlatego, dla Was (i dla siebie też, w końcu, jesteśmy jedną jednością ;) nawiązałem kontakt z Anią, choć właściwie, powinienem napisać, że odnowiłem kontakt, bo znamy się od wielu wcieleń…

Ania to bardzo niezwykła istota, o przepotężnym duchowym potencjale. Pomoc ludziom to jej prawdziwa pasja i powołanie. Wie i umie to co ja, a nawet i więcej (na przykład, posiada bardzo ładnie rozwinięte zdolności jasnowidzenia astralnego). Co prawda, nigdy jej tego nie mówiłem, ale jestem nią i jej umiejętnościami autentycznie zachwycony i często mnie potrafiła zainspirować. Pomimo młodego wieku, posiada kwalifikacje i wiedzę niezbędną do tego, aby skutecznie pracować z ludźmi, dlatego z czystym sumieniem polecam ją każdemu, kto szuka u mnie pomocy, gdyż wiem, że trafia w dobre ręce.

Poprosiłem ją aby napisała, co jest w stanie dla Was zrobić i oto taką listę otrzymałem:
- afirmacje oraz dekrety afimacyjne dotyczące wielu dziedzin życia
- konsultacja, doradztwo duchowe przez gg, skype
- analizy radiestezyjne (zdrowia, czakr, przeszkody w realizacji celów, przydatność do zawodu, analiza porównawcza związku, dowolne pytania również).
- modlitwa wstawiennicza oraz wspierająca oczyszczenie intencji
- przekaz Reiki na odległość
- egzorcyzmy, leczenie poprzez oczyszczenie aury z klątw, negatywnych połączeń i oddziaływań energetycznych
- praca z węzłami karmicznymi (uzdrawianie relacji karmicznych, rodzinnych)

Śliczne, nieprawdaż? :) Aby skontaktować się z Anią, wyślij jej maila na adres rosanq@wp.pl wspominając, że znalazłeś ją na mojej stronie.

Ot i wsio.

Ups, prawie wsio. Pozostaje jeden temat – pieniędzy. Usługi Ani są płatne, nie podaję cen, bo myślę, że to sprawa indywidualnych ustaleń. Tym, którzy są oburzeni faktem, że za taką pracę bierze się pieniądze, bo uzdrawia się Boską energią, mówię: tak, macie całkowitą rację. Boska Energia jest, była i będzie całkowicie za darmo. Także, proszę, śmiało, nie krępujcie się i korzystajcie do woli, tu nie ma żadnych ograniczeń, tylko proszę, nie zawracajcie mi czy Ani gitary :)

Co, zonk, tak? Fakt, że energia jest nieskończona i za darmo dla każdego, nie oznacza, że tak samo jest z terapią. Jest to sztuka praktycznego wykorzystania tej energii, która jest taką samą zdolnością jak zdolność projektowania domów, programowania w C++ czy umiejętność pilotażu Tupolewa ;) I tak samo jak wszystkie “zwykłe” zawody, wymaga ona pracy, nauki i czasu na jej zgłębienie oraz zrozumienie. I to za ten czas, wysiłek terapeuty i poświęconą wam uwagę płacicie, a nie za energię, przecież to nie elektrownia :) Mam nadzieję, że jest to już dla wszystkich jasne.


O prawdziwych mistrzach

Dodany: Friday, December 2nd, 2011

Zaskakującego i dość osobliwego maila dostałem w ostatnich dniach od jednego z moich czytelników. Otóż, poprosił mnie on abym go… nauczał. Z całym szacunkiem, ale musiałem tej prośbie odmówić i teraz wyjaśniam dlaczego.

Otóż, w niemałej ilości przypadków nauczanie typu mistrz-uczeń to nic innego jak przyjmowanie określonych, często prawami karmy, ról. Ktoś wybiera rolę mniej ogarniętego, ktoś bardziej i tak się oto dwie duszyczki bawią ;) I fajnie, niech się bawią, ale nie o to tutaj tak naprawdę chodzi.

Najwyższym celem jakiegokolwiek nauczania na prawdziwie mistrzowskim poziomie jest uczynienie z CIEBIE prawdziwego, autentycznego mistrza. Wszelkie próby, w których Twój nauczyciel:
* stara się – w jakikolwiek sposób – uzależnić od siebie i swoich nauk (patrz większość religii)
* pokazuje swoją “duchową” wyższość starając się w ten sposób podnieść swoją samoocenę i poczucie wartości
* czy zajmuje miejsce na pierwszym planie w Waszej relacji
nie są “czystym” nauczaniem i spoglądałbym na nie z podejrzliwością.

Tak więc, powtórzę raz jeszcze: to TY masz się stać mistrzem. Prawdziwemu nauczycielowi nie chodzi o to, aby mieć dużą liczbę uczniów, którzy mają mu podcierać tyłek – ale żeby uczynić z nich samodzielnych, wewnętrznie rozumiejących, myślących Mistrzów. Rzecz jasna, jest to ambitne i często wymaga wiele pracy, nawet przez wcielenia, ale tak to wygląda z szerszej perspektywy. Z tego powodu, Budda czy Jezus nie chodzą non-stop wcieleni w ludzkich ciałach – zamiast przyciągać miliony zauroczonych w nich fanów, pozwalają ludziom stać się takimi, jak oni, prowadząc i subtelnie wspierając, pozostając niezauważalni.

Tak samo ze mną – dla Was nie istotne jest, kim jestem ani co robię. Te rzeczy są istotne tylko dla mnie, haha ;) Tak naprawdę, z Twojego punktu widzenia istotne jest to, co wyciągniesz z moich bazgrołów w swoim życiu, co uda Ci się zastosować, co zrozumiesz i jak pozytywnie zmieni to Twoje życie.

Oto ścieżka mistrzowskiego nauczania. Amen i chuj.


Prostota

Dodany: Monday, November 28th, 2011

Ponoć powiedziane przez Leonarda da Vinci:
“Simplicity is the ultimate sophistication”

czyli po naszemu

“Prostota jest ostatecznym stadium wyrafinowania”

Po angielsku jak dla mnie brzmi znacznie lepiej, jednakże we wszystkich językach to zdanie to prawdziwy majstersztyk. Mniam!


A pamiętacie…

Dodany: Thursday, November 24th, 2011

może owe słynne powiedzenie:
“podążaj z prądem (życia)?”

Zapewne tak, przewija się w wielu filozoficznych rozprawkach.

Dla odmiany, dzisiaj na stronce mojego hiszpańskiego znajomego następujący tekst:
“Tylko martwa ryba ryba podąża z prądem”

Daje do myślenia, nieprawdaż? Coś tak czuję, że kiedyś przyjdzie taki dzień, kiedy przestanę cokolwiek kwestionować i będę akceptował wszystko, bez wyjątku, każdą dostępną filozofię.


Zapłakałem nad ludzką głupotą

Dodany: Sunday, November 13th, 2011

Rzadko mi się to zdarza, naprawdę.

Patrzę na ludzkie tragedie, śmierć i zniszczenia nie robią już na mnie wielkiego wrażenia. Znam mechanizm reinkarnacji, nawet jak wymorduje się miliony – to jedno jest pewne, prędzej czy później dusze te wrócą na Ziemię w innych ciałach. Ba, pewnie nawet później spotkają swoich starych znajomych. Nie ma czego zatem żałować.

Zniszczenia cywilizacyjne, na przykład te spowodowane wojnami, są już bardziej bolesne, ale też do przyjęcia, pod warunkiem że nie niszczymy bezcennych, starych zabytków i naszego dziedzictwa kulturowego. Bo gdyby na przykład podniósł się poziom oceanów i zalało Nowy Jork – to jak sądzicie, ile czasu trzeba by aby to odbudować? 50? 100 lat? Nie wiem – ale wiem, że jesteśmy w stanie to zrobić. Chińczycy budują bez problemu repliki wieży Eiffla, czy opery z Sydney – plany znamy, wszystko jest zatem do odtworzenia.

Nad czym zatem (prawie) zapłakałem? Nad niszczeniem lasów tropikalnych.

Dopiero niedawno dotarło do mnie, jak bardzo jesteśmy w tym temacie destruktywni.W 1950 roku ziemię pokrywało ok. 15-16 milionów kilometrów kwadratowych lasów tropikalnych. Do dnia dzisiejszego, zniszczyliśmy bezpowrotnie ponad połowę, pozostawiając ok. 7.5-8 milionów km2 lasów. Eksperci szacują, że przy zachowaniu dzisiejszego tempa zniszczeń, do 2030 zostanie na Ziemi jedynie 10% lasów, zaś do 2050 możemy zniszczyć praktycznie 99%…

Pamiętam, że w jednej z książek Cejrowski wspominał, że są dwie najbardziej trudne do przebycia dżungle na świecie. Jedna, którą właśnie przemierzał – był to przesmyk Darien, łączący Panamę z Kolumbią, druga – na Borneo. Faktycznie, w momencie kiedy pisał tą książkę, owo zdanie było prawdziwe. Dziś sprawy mają się inaczej – spójrzcie zresztą sami na mapy pokazujące, co dzieje się z lasami na tej tropikalnej wyspie.

Szok.

Oczywiście, ma to tragiczny wpływ na erozję gleby, zmiany w opadach, wpływ na globalne ocieplenie, ilość CO2 w atmosferze i inne. Co gorsza, nie wierzę, że jesteśmy w stanie zniszczone lasy odtworzyć w sposób, jaki stworzyła to Matka Natura – daleko nam do tego poziomu. Sztucznie odtwarzane lasy są dość drętwe, z tymi rzędami symetrycznie rosnących drzew… O bezpowrotnie zniszczonych gatunkach już nie wspominając – szacuje się, że ludzka działalność każdego roku powoduje bezpowrotne wyginięcie ok. 50000 (słownie: pięćdziesiąt tysięcy) różnego rodzaju gatunków roślin i zwierząt.

Jak przystało na prymitywną cywlizację, kopiemy sobie grób. Albert Einstein powiedział kiedyś że dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat i ludzka głupota. Obserwując, to co dzieje się wokół, trudno się nie zgodzić. Tak więc, pozostało mi nic innego jak zaakceptować ową destruktywną część ludzkiej natury, ale bardzo trudno mi się pogodzić ze stratami w przyrodzie, serce wyje z bólu…

Zainteresowanym tematem polecam obejrzeć Home – tutaj jego trailer.


Jedna rada

Dodany: Friday, November 4th, 2011

Jeśli miałbym, ze wszystkich mądrości które znam, dać Wam tylko jedną, jedyną radę, taką, którą można praktycznie w życiu zastosować i daje dużo spełnienia, byłoby to to:

NIE BÓJ SIĘ W ŻYCIU RYZYKOWAĆ.

Tak, może i jest to mało metafizyczne, ale nie oszukujmy się – nawet dla najbardziej metafizycznych istot, cała metafizyczność to tylko niewielki odsetek tego, co się dzieje w ich życiu. Cała reszta, to życie w naszych codziennych, cudownych trzech wymiarach. I to właśnie tutaj się pojawiliśmy, aby się realizować i przejawiać. I to właśnie tutaj musimy nauczyć się podejmować ryzyko. Ryzyko, które jest niezbędne aby żyć pełnią życia i czerpać z niego pełną radość. W moim przypadku, prawie wszystko, co osiągnąłem, osiągnąłem dlatego, że gotowy byłem opuścić swoją “strefę bezpieczeństwa”, przełamać lęk i pozwolić sobie wypłynąć na nieznane wody. Bez podejmowania ryzyka nigdy nie zrealizujecie swoich marzeń, tak więc śmiało – do dzieła! :)

Zadanie domowe: Spójrzcie swoim lękom głęboko w oczy i zróbcie coś, czego się boicie. Podejmijcie ryzyko, spełnijcie jakieś swoje marzenie (choćby najmniejsze) i napiszcie mi tutaj proszę, jakie były tego efekty.


O wdzięczności…

Dodany: Friday, October 21st, 2011

czyli umiejętność doceniania tego, co mamy.

A co właściwie mamy? Żyjąc w kraju nad Wisłą, jesteśmy przekonani, że mamy zupełnie nic lub niewiele. Narzekania, jęki i skowycia są tak powszechne i oczywiste, że człowiek który jest zadowolony z życia wydaje się być ignorantem lub totalnym odmieńcem.

Tymczasem, któryś z moich znajomych pokazał mi to zdjęcie (uwaga, dość brutalne), przedstawiające matkę nad grobem małego dziecka. To pozwoliło mi przypomnieć, po raz kolejny, że mając jakikolwiek dach nad głową, jedzenie, czystą wodę i jakiś tam (może i słaby, ale jest) dostęp do opieki medycznej posiadamy więcej niż 90% ludzi na tym świecie.Czyli, że blisko 6 miliardów ludzi jest w gorszej od nas sytuacji życiowej.

Pamiętam też, dawno temu, znalazłem na anglojęzycznej stronie kalkulatorek płac. Porównywał on moje wynagrodzenie z zarobkami innych ludzi na całym świecie. Jakże byłem zdziwiony, gdy wklepując w niego swoją, w sumie nie najgorszą jak na tamte czasy, ale zawsze polską pensję – zobaczyłem, że zarabiam więcej niż 88% ludności na świecie! Zupełnie niespodziewanie okazało się, że mój status materialny jest znacznie lepszy niż myślałem.

(ps. znalazłem podobną stronkę, pokazującą porównanie zarobków, polecam się sprawdzić – http://www.globalrichlist.com/)

Ostatnio o tym samym przypomniał mi jeden z wysokich rangą menedżerów w mojej firmie. Siedzieliśmy razem w jego hotelowym pokoju na 24 piętrze Marriotta, rozmawiając i pijąc drinka upajaliśmy się widokiem na budynek Opery i zatokę. W pewnym momencie, przerywając tok dyskusji stwierdził:
- Jesteśmy niezwykle uprzywilejowani, mogąc podziwiać taki widok, niewielu ludziom jest to dane.

Tak, to prawda, byliśmy bardzo uprzywilejowani. Ale nawet bez widoku, jaki dane było nam oglądać, każdy z nas jest w jakiś sposób uprzywilejowany. Polecam zastanowić się w tej chwili każdemu przez chwilę nad tym, co otrzymaliśmy od życia – dom, rodzina, edukacja, praca, hobby, pasje, przyjaciele, itd. Okaże się, że znajdziemy znacznie więcej powodów do wdzięczności, niż pozornie się wydaje.

 

 


Romantycznie…

Dodany: Thursday, October 13th, 2011

zrobiło się w pewnym momencie.

…jeden mail, później drugi i następne
…potem przyjemna rozmowa w środku nocy
…zdjęcia ze wspólnej kolacji, a właściwie nawet dwóch
…jej uśmiech, którego nie zapomnę
…ciepły dotyk dłoni
…ciemne oczy
…delikatność
…subtelność
…szacunek
…wdzięczność
…kruczoczarne włosy
…zgrabne, szczupłe azjatyckie ciało…
…astralne zbliżenie…

i wszystko byłoby naprawdę kurwa pięknie, jakby była te 7500km bliżej mnie :/

czasami można się pochlastać z niektórymi wzorcami. jak sobie właśnie uświadomiłem, od początku mojego życia i relacji z kobietami, jak poznawałem kogoś, w kim się zakochiwałem, to prędzej czy póżniej wyjeżdzałem ja albo Ona.

i tak jest do dzisiaj.

muszę się w końcu dokopać do tych wzorców tragicznych, niespełnionych miłości bo szczerze powiedziawszy, mam już ich serdecznie dość. trzeba zapodać jakąś sesyjkę czy jak… i coś w tym temacie zmienić.