Potężna dawka energii

Dodany: Saturday, April 14th, 2012

Polecam zapoznanie się z nauczaniem mistrza Maharshiego, moim zdaniem jeden z najbardziej interesujących guru Indii. Chłonę jego nauki bez opamiętania i choć nigdy nie wyrzekam się samokrytycznego spojrzenia, to naprawdę ciężko znaleźć mi coś w tych naukach nieczystego czy nieodpowiedniego:

http://mahajoga.org

 

 


…o zadowoleniu

Dodany: Friday, March 9th, 2012

“Find joy and peace in this very moment” ~ Thich Nhat Hanh

“Znajdź radość i spokój w tej chwili”

Wziąłem kilka głębszych… oddechów* i uśmiechnąłem się sam do siebie.

Tak, w tej wybrałem być zadowolony, choć kto wie, co będzie w następnej  :)

—————————–

* Tym, którzy potrzebują prostej praktyki relaksacyjnej, proponuję oddech jako najlepsze narzędzie. Wyjdź na krótki spacer i głęboko poodychaj, nic bardziej nie pomaga niż to.


Trzy spotkania

Dodany: Friday, March 2nd, 2012

Czasami mam wrażenie, że zachodnia cywilizacja jest nieco szara, zabiegana i jakby mało zadowolona z życia. Oczywiście, mamy ku temu jak najbardziej słuszne i uzasadnione powody – brak pracy, stres, zabieganie, zmęczenie, zdenerwowanie, korki, polityka, korupcja, choroby cywilizacyjne, itd. Największym powodem do niezadowolenia bywają jednak pieniądze, i widać czasami można, że nawet najwięksi duchowi „miszczowie” irytują się z tego powodu.

 

Tymczasem, za siedmioma górami i siedmioma rzekami, w niewielkim kraju południowo-wschodniej Azji spotkałem trzy osoby…

 

MASAŻYSTKA

 

- Masaż, sir, masaż? – zaczepia mnie, po raz nie wiadomo który, nie wiadomo która kobieta.  W wykonaniu azjatyckim, angielskie nawoływania te brzmią dość specyficznie – „masaa, masaa”? i nieco zabawnie, ale zdążyłem się już przyzwyczaić do zjadanych końcówek.

- Ok, czemu nie – odpowiadam. Jest późna godzina wieczorna, cały dzień – w typowym dla siebie stylu – byłem zabiegany, więc odrobina relaksu dobrze mi zrobi. Zwłaszcza, że godzinny masaż za 5 USD (15 zł) wydaje się czymś nierealnie tanim i super okazyjnym, nawet jeśli dziewczyna miałaby go totalnie spartaczyć.

 

Wchodzę do niewielkiego pomieszczenia. Biurko, za nim kolejna dziewczyna miło się do mnie uśmiecha i super-łamaną-angielszczyzną pyta co sobie życzę. Nie, to nie Tajlandia, tutaj masaż oznacza masaż i dziewczyny na siłę nie sprzedają swoich ciał. Wybrałem więc klasyczny masaż khmerów i rach ciach, brykam po schodach na górę. Masażystka wykonuje swoją pracę profesjonalnie, ale praktycznie w ogóle nie mówi po angielsku, więc odprężam się nieziemsko w błogiej ciszy lokalu. Ciszy, gdyż w okół nie ma żadnych innych klientów, a na zegarze wybija prawie północ.

 

Po upływie godziny, zadowolony i rozluźniony schodzę z powrotem na dół, gdzie oprócz ciepłej herbatki czeka na mnie jeszcze jedna dziewczyna. Młoda, lekko szczerbata i przez to nieco sepleniąca, ale dość atrakcyjna i super przemiła, uśmiechnięta dziewczyna okazuje się mówić całkiem dobrze po angielsku; zaczynamy więc rozmowę. Wyciągam portfel aby zapłacić należność za świetnie wykonaną usługę, a ona szepcze mi w pewnym momencie – „no, i jeszcze napiwek dla masażystki”.

- „Jak to?” – odpowiadam z pewnym zdziwieniem i drobną prowokacją w głosie. Nie słyszałem nigdy o tym, aby masażystkom dawać napiwki. Zwykle płaci się ustaloną stawkę i do domu. W odpowiedzi słyszę dość długą historię…

- „Wiesz, my tu zaczynamy pracę około 11 przed południem i zwykle pracujemy po 12 godzin, albo i dłużej, w zależności od tego, czy są klienci. Mamy trzy dni wolne w miesiącu i możemy wówczas jechać odwiedzić rodziny w domu. Za miesiąc pracy otrzymujemy 30USD plus napiwki…”. Dziewczyna kontynuowała wywód, ale ja w myślach zatrzymałem się na owych trzydziestu dolarach. Tak, to normalne że w Azji wszyscy próbują cię oskubać i traktowany jesteś jako wór z pieniędzmi. Młoda z pewnością, jak większość rodaków, starała się wyciągnąć coś więcej dla siebie, ale akurat nie mogłem mieć o do niej pretensji. Robiła to bez specjalnych presji i raczej prosząc, niż wymuszając. Do tego, pomimo tragicznego i przerażająco nierealnego – przynajmniej dla mnie – brzmienia owej historii, dziewczyna sprawiała wrażenie autentycznie zadowolonej ze swojego życia.

- „Lubisz swoją pracę?”

- „Tak, bardzo. Planuję popracować jeszcze kilka lat, a potem zobaczymy co dalej”.

 

Niesamowite, że można żyć za tak niewielkie pieniądze a jednocześnie być tak radosnym. I nie jest to tylko moja obserwacja – wielu zachodnich turystów, których spotkałem w Kambodży, zgodziło się z moją opinią, że mieszkańcy tego bardzo biednego kraju są, mimo wszystko, bardzo radośni, przyjaźni i szczerze zadowoleni z życia.

 

PRACOWNIK HOTELU

 

Wpadł na mnie jak rakieta, w holu, z bananem na twarzy. Miałem wrażenie, że uśmiech nie znikał mu nigdy i że nawet jak śpi, to mimo woli się uśmiecha – taki radosny był to człowiek. Powiedziałbym, że bił radością tak mocno, że niemalże zrażał nią wszystkich dookoła. Nawet turyści sprawiali czasami wrażenie mniej zadowolonych niż ten młody chłopak. Do tego, był niezwykle otwarty i nawet nie wiedząc kiedy, usłyszałem:

- „Uwielbiam ten hotel. Wcześniej pracowałem w innym hotelu, miałem złego menedżera i zarabiałem tylko 60 dolarów miesięcznie. Teraz mam 90 dolarów, a mój boss to super człowiek. O, właśnie gra tam w bilarda”.

- „Z pewnością musisz być zadowolony ze swojej pracy?”

- „O tak, jeszcze bardzo. Mam w miesiącu dwa dni wolnego, pracuję ponad 12 godzin dziennie, ale uwielbiam tutaj przychodzić” – mówił to do mnie w taki sposób, jakby na loterii właśnie wygrał fortunę.

 

90 dolarów za przeciętnie 28 dni pracy w miesiącu, po 12 godzin dziennie.  Średnio praca za 27 centów za godzinę, czyli – przy dzisiejszym kursie dolara – 84 grosze za godzinę. Tak, prawdą jest, że wiele rzeczy, zwłaszcza artykułów spożywczych, jest w Kambodży tańsza. Z drugiej strony, Nikon który zwisał mi na szyi kosztuje dość podobnie na całym świecie. Podobnie i wiele innych produktów – w erze globalizacji, ceny bywają zbliżone na całym świecie. I teraz wyobraź sobie, że co miesiąc dostajesz do ręki raptem 90 dolarów… Nie wiem, czy jest ktoś na zachodzie, kto potrafi sobie to wyobrazić…

 

Co ciekawe, spotkałem też pewnego Amerykanina, od ponad półtora roku mieszkającego w Kambodży. Potwierdził mi, że te kwoty zarobków, o których słyszałem wcześniej, są jak najbardziej prawdziwe i realne.

 

PROSTYTUTKA

 

Wpadłem na nią zupełnie przypadkowo i niechcący. Bez specjalnego celu, w zwykłym dla mnie trybie krzętacza – kiedy zaglądam w rozmaite zakamarki odwiedzanych miejsc – kręciłem się po Siem Reap. Skręcam w jedną ulicę, potem następną, potem idę prosto, prosto i następnie w prawo… i ku mojemu zdziwieniu, na odcinku kilkudziesięciu metrów stoi aż kilkanaście kobiet. Żyję już wystarczająco długo aby zdawać sobie sprawę z tego, że nie czekały tam na tramwaj ani autobus, lecz w bardzo specyficznym celu ;)

 

Z pewną nieśmiałością i skrępowaniem zacząłem iść w ich stronę. Nie wiem, dlaczego tak mam, ale jest to faktem: czasami duża grupa kobiet potrafi wywierać dziwną presję i powodować, że czuję się nieswojo. Pamiętam, jak kiedyś z kolegą wpadliśmy do pewnego baru w Tajlandii, gdzie było kilkadziesiąt pań i może maksymalnie 5 facetów; tak, powiedziałbym że średnio 8-10 osobników płci pięknej przypadało na jednego mężczyznę. Wydawać by się mogło, że to raj na ziemi – ale zarówno ja, jak i kolega, autentycznie się wystraszyliśmy, kiedy nagle staliśmy się w centrum zainteresowania tak dużego grona. Być może, to kwestia tego, że prostytutki wywierają specyficzną presję i mają dość osobliwe energie osobiste – w końcu takiego uczucia doświadczyłem zaledwie dwa razy.

 

Ku mojemu zadowoleniu, zaczepki były dość spokojne: większość z kobiet nie mówiła w języku angielskim, ograniczając się do uśmiechów i przelotnych „hi”.  Większość, za wyjątkiem jednej.

- „Masz ochotę się zabawić?” – słyszę w zdumiewająco dobrym jak na tę okolicę angielskim.

- „Nieee…. Mam dziewczynę” – skłamałem. Cóż, Allah wybacz.

- „Kłamiesz” – śmiało odparła, prawie bez namysłu, zadziwiając mnie niepomiernie.

- „Dlaczego tak uważasz?”

- „Gdybyś miał dziewczynę, byłaby tutaj z Tobą”.

Fakt, trudno się nie zgodzić z taką logiką, ale starałem się z tego jakoś wybrnąć.

- „Wiesz, została w hotelu, jest zmęczona całym dniem podróży, a ja postanowiłem wyjść na spacer”.

Nie wiem, czy w to uwierzyła, ale chyba ją przekonałem. Tak rozpoczęła się kilkuminutowa rozmowa, w trakcie której rozmawialiśmy o jakichś mało ważnych duperelach. W pewnym momencie postanowiłem zmienić nieco jej bieg i skierować ją na sprawy, hmm, że tak powiem, zawodowe :)

- „Ok, to ile?”

Zdziwionej nagłym biegiem rozmowy dziewczęciu zajęło około pół sekundy aby zdać sobie sprawę, że nagle zacząłem mówić o czymś zupełnie innym niż dotychczas. W ciągu następnej sekundy wykonała ruchy wskazujące na pewne onieśmielenie moją bezpośrednią postawą. Jestem przekonany, że eksperci od mowy ciała mogliby na tym zrobić prace magisterskie albo nawet i doktoraty: ugięła, delikatnie cofając do tyłu prawą nogę, nieco naprężyła plecy, spuściła nieco głowę oraz wzrok, złapała prawą ręką pukiel swoich długich, kruczoczarnych włosów po czym delikatnie je zakręcając wokół palca spojrzała na mnie ponownie i rzekła w nieco innym już tonie:

-„Dziesięć dolarów”.

 

Oniemiałem.

 

Dziesięć dolarów – trzydzieści złotych – to mniej więcej tyle, ile średnio w Sydney wydaję na obiad. To również równowartość tygodniowej, nisko kwalifikowanej pracy w Kambodży, którą można zarobić za godzinę spędzoną w męskim towarzystwie. Zupełnie niespodziewanie otworzyło mi to oczy na sytuację, w jakiej znajdowali się ludzie w tutejszym kraju. Wydaje mi się dziś, że ze zdziwienia musiałem zapewne wytrzeszczyć oczy, gdy jednocześnie dziękowałem mojej przemiłej rozmówczyni za propozycję. Kierując się z powrotem w stronę centrum miasta, zastanawiałem się jak musi wyglądać sytuacja finansowa tych ludzi, że oferują swoje ciała za tak niewielkie – z mojej perspektywy – pieniądze.

 

Jednocześnie, dziewczyna wyglądała na bardzo zadowoloną i pogodną. Często w Azji prostytucji nie traktuje się jako coś złego – zresztą, co jest w tym złego? Wbrew pozorom, dla wielu kobiet jest to zupełnie przystępna alternatywa, którą samodzielnie i bez oporów wybierają. Ja to zupełnie akceptuję, choć w seksie za pieniądze nie widzę niczego specjalnego ani wyjątkowego. W Kambodży rzecz jasna bym tego jednak nie spróbował; raz, że emocjonalnie pochłonęła mnie inna kobieta, dwa, że seks z prostytutką jest prawie jak rosyjska ruletka -  masz szansę jedną na siedem że trafisz na zainfekowaną wirusem HIV. Przez pewiem moment myślałem nawet o tym, żeby tą dziewczynę zaprosić na kolację i dać jej tą dychę za wspólnie spędzony przy posiłku wieczór. Miałem ochotę bliżej poznać jej spojrzenie na życie i sposób myślenia, jednakże postanowiłem tego nie robić: obawiałem się, że może w pewnym momencie pokonać mnie moja słabość do pięknych, czekoladowych wdzięków mojej azjatyckiej rozmówczyni ;)

 

Wracając jednak do początku artykułu. Spojrzenie na świat przez pryzmat kambodżańskiej biedy pozwoliło mi zdecydowanie bardziej docenić swoją obecną życiową sytuację. Paradoksalnie, z drugiej strony coraz głębiej mam świadomość tego, że pieniądze – choć niezwykle pożyteczne i potrzebne – szczęścia zdecydowanie nie dają. Szczęście to ja, to kim jestem, jak się czuję, jak patrzę na świat. Szczęście to moja postawa wobec życia, wewnętrzny optymizm i radość istnienia. Szczęście to BYĆ, niezależnie od tego, co się ma.

 

No, to teraz moi mili, w ramach pragmatycznych ćwiczeń, pouśmiechajcie się do ludzi wokół siebie. Uśmiechnij się do samego siebie również, najlepiej przed lustrem ;-)

Oh, a odnośnie samej Kambodży, tutaj kolekcja zdjęć z tego fascynującego miejsca.


Dzień dobry w Nowym Roku!

Dodany: Sunday, February 5th, 2012

Szczęśliwego Nowego Roku!
(może późno, ale lepiej niż wcale ;)
(poza tym, 2012 wciąż jest relatywnie „nowy” ;)

Z tym oto noworocznym przywitaniem zapytuję Was zarazem: jak postępuje realizacja noworocznych postanowień? U mnie postępuje praktycznie doskonale – a to dlatego, że nie wyznaczyłem sobie absolutnie żadnych celów na ten rok. Kto powiedział, że zawsze trzeba być niesłychanie ambitnym? Nie oznacza to jednak, że nic nie będę robił. Od samego początku 2012 roku dzieje się dużo, tak dużo, że aż oniemiałem z wrażenia i usiłuję pozbierać się po karmicznej burzy, która mocno zachwiała moim wnętrzem i zewnętrzem ;)

Miesięczna podróż po Azji (tak, wiadomo już, gdzie byłem, zresztą Ci, co są podlinkowani do mojej galerii wiedzą już o tej podróży) zaowocowała zupełnie nowym spojrzeniem na rzeczywistość wykraczającą poza nasze, chciał nie chciał, prawie już zachodnie, nowoczesne spojrzenie. Opiszę to wkrótce przy okazji publikowania zdjęć. O niebo ważniejsze: wycieczka ta zaowocowała zaciśnięciem emocjonalnych więzi z H., kobietą o której już tutaj wcześniej pisałem. Szarpnęło mnie, i to tak porządnie, że wracałem do Australii ze łzami w oczach, dosłownie. Fakt pozostawienia, kilka tysięcy kilometrów z dala od siebie, zupełnie fantastycznej osóbki, z którą przeżyłem w krótkim czasie całe mnóstwo przecudownych chwil nie pasował mi tak bardzo, że przez blisko dwa tygodnie dochodziłem do siebie po tym, co się wcześniej wydarzyło.

Aby było ciekawiej, wypaliło się morze karmy w mojej, tak, teraz mogę już ją nazwać – byłej pracy i zupełnie niespodziewanie spadła mi na głowę całkowicie fantastyczna, nowa oferta. I to taka, której nie sposób odrzucić – idealnie pasująca do moich kwalifikacji, 20 minut spacerem od domu, od jednej z najbardziej poważanych instytucji w mojej branży (za ambicjami na znalezienie się w światowej piątce), za pieniądze, o których 10 lat temu nawet nie śmiałem marzyć.

Podsumowując: jest miłość, jest praca, są podróże, samorealizacja i pieniądze.

O czym więcej można marzyć?

O całkowitym spełnieniu duchowym. Bez tego, przynajmniej dla mnie, wszystkie inne pozostałe rzeczy nie mają większego znaczenia. Wszystkie te zawirowania spowodowały u mnie niekontrolowany natłok myśli, który zaczął mnie, delikatnie rzecz ujmując, obciążać. I w tym momencie trafiłem na tekst mistrza Maharashiego, porównujący nasze życie do jazdy pociągiem.

Cały czas poruszamy się do przodu, wioząc ze sobą i niepotrzebnie analizując i przetwarzając bagaż myśli. Czy jednak potrzebne jest nam, aby go targać ze sobą, skoro i tak jesteśmy w pociągu i poruszamy się cały czas naprzód? Oczywiście, że nie. Dlatego mistrz zaleca porzucenie tego bagażu i powierzenie go Bogu, który jest owym alegorycznym pociągiem, maszyną wprawiającą wszystko w ruch. Naszym najwyższym i ostatecznym celem powinno być skoncentrowanie się na poznawaniu naszej prawdziwej natury, prawdziwego Ja które istnieje poza myślami i rzeczywistością, jaką widzimy. Naszym prawdziwym celem jest doświadczenie absolutnego szczęścia, które jest poza kreacjami naszego (lub zbiorowego) umysłu.

Tak, to może być mój główny cel na ten rok, a może nawet i na całe życie. Spotkanie z oświeconym mnichem, o którym napiszę już wkrótce, zdecydowanie pomogło mi zrozumieć sens tego celu.

Zanim to nastąpi, polecam po rozkoszować się galerią zdjęć z Kuala Lumpur, miasta które było moim pierwszym przystankiem w trakcie miesięcznej podróży po Azji Południowo-Wschodniej.


Urlop

Dodany: Friday, December 2nd, 2011

To już trzeci post dzisiaj, pobiłem wszelkie rekordy, ale jest ku temu powód ;)

Wyjeżdżam na cały miesiąc, nie wiedząc, jak będzie wyglądał temat mojego dostępu do Internetu. Życzę Wam miłej zabawy, hucznych obchodów Dnia Górnika, smacznego jajka, dobrze ugotowanego baranka, mineralnego Sylwestra i czego tam jeszcze sobie, choinka, życzycie ;)

Nie zdradzam gdzie jadę, poznacie po zdjęciach jak wrócę ;) Jako małą ciekawostkę zdradzę: w zupełnie niespodziewanych okolicznościach przyrody i tego, niepowtarzalnej, dzięki pewnej młodej azjatce, spotkam się w drugiej połowie grudnia z buddyjskim mnichem, uznającym się za oświeconego. Właściwie, to nie jest mnichem, bo ma żonę: ale był nim w poprzednim i będzie też w następnym wcieleniu. Dość niezwykle zapowiada się to spotkanie: jego żona, która uważa go za bardziej zaawansowanego w rozwoju, potrafiła bez problemów mówić o moich przeszłych wcieleniach. Dodatkowo, spotkamy się w miejscu, które UNESCO uznało za miasto światowego dziedzictwa kultury. Interesujące, nieprawdaż? :)

Boże, uwielbiam i kocham swoje życie.
Was też uwielbiam, mordy Wy moje :)
Ściskam i do usłyszenia wkrótce!


Pomoc – Ania

Dodany: Friday, December 2nd, 2011

Co jakiś czas dostaję wiadomości z pytaniami i prośbą o pomoc. Przyznaję, że często zdarza mi się je ignorować – pomimo posiadania pewnych umiejętności, nie wykorzystuję ich w tej chwili w praktyce. Powodów jest wiele ale najważniejszy z nich jest dość prozaiczny: po prostu moje obecne doświadczenie kieruje moje kroki w inne strony. Nie jestem zawodowym terapeutą, choć mógłbym być i kto wie, może kiedyś jeszcze będę.

Ignorowanie wiadomości od czytelników nie było jednak dla mnie miłe: z natury jestem pomocny i uczynny, dlatego czułem się z tym dość niekomfortowo. Dlatego, dla Was (i dla siebie też, w końcu, jesteśmy jedną jednością ;) nawiązałem kontakt z Anią, choć właściwie, powinienem napisać, że odnowiłem kontakt, bo znamy się od wielu wcieleń…

Ania to bardzo niezwykła istota, o przepotężnym duchowym potencjale. Pomoc ludziom to jej prawdziwa pasja i powołanie. Wie i umie to co ja, a nawet i więcej (na przykład, posiada bardzo ładnie rozwinięte zdolności jasnowidzenia astralnego). Co prawda, nigdy jej tego nie mówiłem, ale jestem nią i jej umiejętnościami autentycznie zachwycony i często mnie potrafiła zainspirować. Pomimo młodego wieku, posiada kwalifikacje i wiedzę niezbędną do tego, aby skutecznie pracować z ludźmi, dlatego z czystym sumieniem polecam ją każdemu, kto szuka u mnie pomocy, gdyż wiem, że trafia w dobre ręce.

Poprosiłem ją aby napisała, co jest w stanie dla Was zrobić i oto taką listę otrzymałem:
- afirmacje oraz dekrety afimacyjne dotyczące wielu dziedzin życia
- konsultacja, doradztwo duchowe przez gg, skype
- analizy radiestezyjne (zdrowia, czakr, przeszkody w realizacji celów, przydatność do zawodu, analiza porównawcza związku, dowolne pytania również).
- modlitwa wstawiennicza oraz wspierająca oczyszczenie intencji
- przekaz Reiki na odległość
- egzorcyzmy, leczenie poprzez oczyszczenie aury z klątw, negatywnych połączeń i oddziaływań energetycznych
- praca z węzłami karmicznymi (uzdrawianie relacji karmicznych, rodzinnych)

Śliczne, nieprawdaż? :) Aby skontaktować się z Anią, wyślij jej maila na adres rosanq@wp.pl wspominając, że znalazłeś ją na mojej stronie.

Ot i wsio.

Ups, prawie wsio. Pozostaje jeden temat – pieniędzy. Usługi Ani są płatne, nie podaję cen, bo myślę, że to sprawa indywidualnych ustaleń. Tym, którzy są oburzeni faktem, że za taką pracę bierze się pieniądze, bo uzdrawia się Boską energią, mówię: tak, macie całkowitą rację. Boska Energia jest, była i będzie całkowicie za darmo. Także, proszę, śmiało, nie krępujcie się i korzystajcie do woli, tu nie ma żadnych ograniczeń, tylko proszę, nie zawracajcie mi czy Ani gitary :)

Co, zonk, tak? Fakt, że energia jest nieskończona i za darmo dla każdego, nie oznacza, że tak samo jest z terapią. Jest to sztuka praktycznego wykorzystania tej energii, która jest taką samą zdolnością jak zdolność projektowania domów, programowania w C++ czy umiejętność pilotażu Tupolewa ;) I tak samo jak wszystkie “zwykłe” zawody, wymaga ona pracy, nauki i czasu na jej zgłębienie oraz zrozumienie. I to za ten czas, wysiłek terapeuty i poświęconą wam uwagę płacicie, a nie za energię, przecież to nie elektrownia :) Mam nadzieję, że jest to już dla wszystkich jasne.


O prawdziwych mistrzach

Dodany: Friday, December 2nd, 2011

Zaskakującego i dość osobliwego maila dostałem w ostatnich dniach od jednego z moich czytelników. Otóż, poprosił mnie on abym go… nauczał. Z całym szacunkiem, ale musiałem tej prośbie odmówić i teraz wyjaśniam dlaczego.

Otóż, w niemałej ilości przypadków nauczanie typu mistrz-uczeń to nic innego jak przyjmowanie określonych, często prawami karmy, ról. Ktoś wybiera rolę mniej ogarniętego, ktoś bardziej i tak się oto dwie duszyczki bawią ;) I fajnie, niech się bawią, ale nie o to tutaj tak naprawdę chodzi.

Najwyższym celem jakiegokolwiek nauczania na prawdziwie mistrzowskim poziomie jest uczynienie z CIEBIE prawdziwego, autentycznego mistrza. Wszelkie próby, w których Twój nauczyciel:
* stara się – w jakikolwiek sposób – uzależnić od siebie i swoich nauk (patrz większość religii)
* pokazuje swoją “duchową” wyższość starając się w ten sposób podnieść swoją samoocenę i poczucie wartości
* czy zajmuje miejsce na pierwszym planie w Waszej relacji
nie są “czystym” nauczaniem i spoglądałbym na nie z podejrzliwością.

Tak więc, powtórzę raz jeszcze: to TY masz się stać mistrzem. Prawdziwemu nauczycielowi nie chodzi o to, aby mieć dużą liczbę uczniów, którzy mają mu podcierać tyłek – ale żeby uczynić z nich samodzielnych, wewnętrznie rozumiejących, myślących Mistrzów. Rzecz jasna, jest to ambitne i często wymaga wiele pracy, nawet przez wcielenia, ale tak to wygląda z szerszej perspektywy. Z tego powodu, Budda czy Jezus nie chodzą non-stop wcieleni w ludzkich ciałach – zamiast przyciągać miliony zauroczonych w nich fanów, pozwalają ludziom stać się takimi, jak oni, prowadząc i subtelnie wspierając, pozostając niezauważalni.

Tak samo ze mną – dla Was nie istotne jest, kim jestem ani co robię. Te rzeczy są istotne tylko dla mnie, haha ;) Tak naprawdę, z Twojego punktu widzenia istotne jest to, co wyciągniesz z moich bazgrołów w swoim życiu, co uda Ci się zastosować, co zrozumiesz i jak pozytywnie zmieni to Twoje życie.

Oto ścieżka mistrzowskiego nauczania. Amen i chuj.


Prostota

Dodany: Monday, November 28th, 2011

Ponoć powiedziane przez Leonarda da Vinci:
“Simplicity is the ultimate sophistication”

czyli po naszemu

“Prostota jest ostatecznym stadium wyrafinowania”

Po angielsku jak dla mnie brzmi znacznie lepiej, jednakże we wszystkich językach to zdanie to prawdziwy majstersztyk. Mniam!


A pamiętacie…

Dodany: Thursday, November 24th, 2011

może owe słynne powiedzenie:
“podążaj z prądem (życia)?”

Zapewne tak, przewija się w wielu filozoficznych rozprawkach.

Dla odmiany, dzisiaj na stronce mojego hiszpańskiego znajomego następujący tekst:
“Tylko martwa ryba ryba podąża z prądem”

Daje do myślenia, nieprawdaż? Coś tak czuję, że kiedyś przyjdzie taki dzień, kiedy przestanę cokolwiek kwestionować i będę akceptował wszystko, bez wyjątku, każdą dostępną filozofię.


Zapłakałem nad ludzką głupotą

Dodany: Sunday, November 13th, 2011

Rzadko mi się to zdarza, naprawdę.

Patrzę na ludzkie tragedie, śmierć i zniszczenia nie robią już na mnie wielkiego wrażenia. Znam mechanizm reinkarnacji, nawet jak wymorduje się miliony – to jedno jest pewne, prędzej czy później dusze te wrócą na Ziemię w innych ciałach. Ba, pewnie nawet później spotkają swoich starych znajomych. Nie ma czego zatem żałować.

Zniszczenia cywilizacyjne, na przykład te spowodowane wojnami, są już bardziej bolesne, ale też do przyjęcia, pod warunkiem że nie niszczymy bezcennych, starych zabytków i naszego dziedzictwa kulturowego. Bo gdyby na przykład podniósł się poziom oceanów i zalało Nowy Jork – to jak sądzicie, ile czasu trzeba by aby to odbudować? 50? 100 lat? Nie wiem – ale wiem, że jesteśmy w stanie to zrobić. Chińczycy budują bez problemu repliki wieży Eiffla, czy opery z Sydney – plany znamy, wszystko jest zatem do odtworzenia.

Nad czym zatem (prawie) zapłakałem? Nad niszczeniem lasów tropikalnych.

Dopiero niedawno dotarło do mnie, jak bardzo jesteśmy w tym temacie destruktywni.W 1950 roku ziemię pokrywało ok. 15-16 milionów kilometrów kwadratowych lasów tropikalnych. Do dnia dzisiejszego, zniszczyliśmy bezpowrotnie ponad połowę, pozostawiając ok. 7.5-8 milionów km2 lasów. Eksperci szacują, że przy zachowaniu dzisiejszego tempa zniszczeń, do 2030 zostanie na Ziemi jedynie 10% lasów, zaś do 2050 możemy zniszczyć praktycznie 99%…

Pamiętam, że w jednej z książek Cejrowski wspominał, że są dwie najbardziej trudne do przebycia dżungle na świecie. Jedna, którą właśnie przemierzał – był to przesmyk Darien, łączący Panamę z Kolumbią, druga – na Borneo. Faktycznie, w momencie kiedy pisał tą książkę, owo zdanie było prawdziwe. Dziś sprawy mają się inaczej – spójrzcie zresztą sami na mapy pokazujące, co dzieje się z lasami na tej tropikalnej wyspie.

Szok.

Oczywiście, ma to tragiczny wpływ na erozję gleby, zmiany w opadach, wpływ na globalne ocieplenie, ilość CO2 w atmosferze i inne. Co gorsza, nie wierzę, że jesteśmy w stanie zniszczone lasy odtworzyć w sposób, jaki stworzyła to Matka Natura – daleko nam do tego poziomu. Sztucznie odtwarzane lasy są dość drętwe, z tymi rzędami symetrycznie rosnących drzew… O bezpowrotnie zniszczonych gatunkach już nie wspominając – szacuje się, że ludzka działalność każdego roku powoduje bezpowrotne wyginięcie ok. 50000 (słownie: pięćdziesiąt tysięcy) różnego rodzaju gatunków roślin i zwierząt.

Jak przystało na prymitywną cywlizację, kopiemy sobie grób. Albert Einstein powiedział kiedyś że dwie rzeczy są nieskończone: wszechświat i ludzka głupota. Obserwując, to co dzieje się wokół, trudno się nie zgodzić. Tak więc, pozostało mi nic innego jak zaakceptować ową destruktywną część ludzkiej natury, ale bardzo trudno mi się pogodzić ze stratami w przyrodzie, serce wyje z bólu…

Zainteresowanym tematem polecam obejrzeć Home – tutaj jego trailer.