Czasami mam wrażenie, że zachodnia cywilizacja jest nieco szara, zabiegana i jakby mało zadowolona z życia. Oczywiście, mamy ku temu jak najbardziej słuszne i uzasadnione powody – brak pracy, stres, zabieganie, zmęczenie, zdenerwowanie, korki, polityka, korupcja, choroby cywilizacyjne, itd. Największym powodem do niezadowolenia bywają jednak pieniądze, i widać czasami można, że nawet najwięksi duchowi „miszczowie” irytują się z tego powodu.
Tymczasem, za siedmioma górami i siedmioma rzekami, w niewielkim kraju południowo-wschodniej Azji spotkałem trzy osoby…
MASAŻYSTKA
- Masaż, sir, masaż? – zaczepia mnie, po raz nie wiadomo który, nie wiadomo która kobieta. W wykonaniu azjatyckim, angielskie nawoływania te brzmią dość specyficznie – „masaa, masaa”? i nieco zabawnie, ale zdążyłem się już przyzwyczaić do zjadanych końcówek.
- Ok, czemu nie – odpowiadam. Jest późna godzina wieczorna, cały dzień – w typowym dla siebie stylu – byłem zabiegany, więc odrobina relaksu dobrze mi zrobi. Zwłaszcza, że godzinny masaż za 5 USD (15 zł) wydaje się czymś nierealnie tanim i super okazyjnym, nawet jeśli dziewczyna miałaby go totalnie spartaczyć.
Wchodzę do niewielkiego pomieszczenia. Biurko, za nim kolejna dziewczyna miło się do mnie uśmiecha i super-łamaną-angielszczyzną pyta co sobie życzę. Nie, to nie Tajlandia, tutaj masaż oznacza masaż i dziewczyny na siłę nie sprzedają swoich ciał. Wybrałem więc klasyczny masaż khmerów i rach ciach, brykam po schodach na górę. Masażystka wykonuje swoją pracę profesjonalnie, ale praktycznie w ogóle nie mówi po angielsku, więc odprężam się nieziemsko w błogiej ciszy lokalu. Ciszy, gdyż w okół nie ma żadnych innych klientów, a na zegarze wybija prawie północ.
Po upływie godziny, zadowolony i rozluźniony schodzę z powrotem na dół, gdzie oprócz ciepłej herbatki czeka na mnie jeszcze jedna dziewczyna. Młoda, lekko szczerbata i przez to nieco sepleniąca, ale dość atrakcyjna i super przemiła, uśmiechnięta dziewczyna okazuje się mówić całkiem dobrze po angielsku; zaczynamy więc rozmowę. Wyciągam portfel aby zapłacić należność za świetnie wykonaną usługę, a ona szepcze mi w pewnym momencie – „no, i jeszcze napiwek dla masażystki”.
- „Jak to?” – odpowiadam z pewnym zdziwieniem i drobną prowokacją w głosie. Nie słyszałem nigdy o tym, aby masażystkom dawać napiwki. Zwykle płaci się ustaloną stawkę i do domu. W odpowiedzi słyszę dość długą historię…
- „Wiesz, my tu zaczynamy pracę około 11 przed południem i zwykle pracujemy po 12 godzin, albo i dłużej, w zależności od tego, czy są klienci. Mamy trzy dni wolne w miesiącu i możemy wówczas jechać odwiedzić rodziny w domu. Za miesiąc pracy otrzymujemy 30USD plus napiwki…”. Dziewczyna kontynuowała wywód, ale ja w myślach zatrzymałem się na owych trzydziestu dolarach. Tak, to normalne że w Azji wszyscy próbują cię oskubać i traktowany jesteś jako wór z pieniędzmi. Młoda z pewnością, jak większość rodaków, starała się wyciągnąć coś więcej dla siebie, ale akurat nie mogłem mieć o do niej pretensji. Robiła to bez specjalnych presji i raczej prosząc, niż wymuszając. Do tego, pomimo tragicznego i przerażająco nierealnego – przynajmniej dla mnie – brzmienia owej historii, dziewczyna sprawiała wrażenie autentycznie zadowolonej ze swojego życia.
- „Lubisz swoją pracę?”
- „Tak, bardzo. Planuję popracować jeszcze kilka lat, a potem zobaczymy co dalej”.
Niesamowite, że można żyć za tak niewielkie pieniądze a jednocześnie być tak radosnym. I nie jest to tylko moja obserwacja – wielu zachodnich turystów, których spotkałem w Kambodży, zgodziło się z moją opinią, że mieszkańcy tego bardzo biednego kraju są, mimo wszystko, bardzo radośni, przyjaźni i szczerze zadowoleni z życia.
PRACOWNIK HOTELU
Wpadł na mnie jak rakieta, w holu, z bananem na twarzy. Miałem wrażenie, że uśmiech nie znikał mu nigdy i że nawet jak śpi, to mimo woli się uśmiecha – taki radosny był to człowiek. Powiedziałbym, że bił radością tak mocno, że niemalże zrażał nią wszystkich dookoła. Nawet turyści sprawiali czasami wrażenie mniej zadowolonych niż ten młody chłopak. Do tego, był niezwykle otwarty i nawet nie wiedząc kiedy, usłyszałem:
- „Uwielbiam ten hotel. Wcześniej pracowałem w innym hotelu, miałem złego menedżera i zarabiałem tylko 60 dolarów miesięcznie. Teraz mam 90 dolarów, a mój boss to super człowiek. O, właśnie gra tam w bilarda”.
- „Z pewnością musisz być zadowolony ze swojej pracy?”
- „O tak, jeszcze bardzo. Mam w miesiącu dwa dni wolnego, pracuję ponad 12 godzin dziennie, ale uwielbiam tutaj przychodzić” – mówił to do mnie w taki sposób, jakby na loterii właśnie wygrał fortunę.
90 dolarów za przeciętnie 28 dni pracy w miesiącu, po 12 godzin dziennie. Średnio praca za 27 centów za godzinę, czyli – przy dzisiejszym kursie dolara – 84 grosze za godzinę. Tak, prawdą jest, że wiele rzeczy, zwłaszcza artykułów spożywczych, jest w Kambodży tańsza. Z drugiej strony, Nikon który zwisał mi na szyi kosztuje dość podobnie na całym świecie. Podobnie i wiele innych produktów – w erze globalizacji, ceny bywają zbliżone na całym świecie. I teraz wyobraź sobie, że co miesiąc dostajesz do ręki raptem 90 dolarów… Nie wiem, czy jest ktoś na zachodzie, kto potrafi sobie to wyobrazić…
Co ciekawe, spotkałem też pewnego Amerykanina, od ponad półtora roku mieszkającego w Kambodży. Potwierdził mi, że te kwoty zarobków, o których słyszałem wcześniej, są jak najbardziej prawdziwe i realne.
PROSTYTUTKA
Wpadłem na nią zupełnie przypadkowo i niechcący. Bez specjalnego celu, w zwykłym dla mnie trybie krzętacza – kiedy zaglądam w rozmaite zakamarki odwiedzanych miejsc – kręciłem się po Siem Reap. Skręcam w jedną ulicę, potem następną, potem idę prosto, prosto i następnie w prawo… i ku mojemu zdziwieniu, na odcinku kilkudziesięciu metrów stoi aż kilkanaście kobiet. Żyję już wystarczająco długo aby zdawać sobie sprawę z tego, że nie czekały tam na tramwaj ani autobus, lecz w bardzo specyficznym celu ;)
Z pewną nieśmiałością i skrępowaniem zacząłem iść w ich stronę. Nie wiem, dlaczego tak mam, ale jest to faktem: czasami duża grupa kobiet potrafi wywierać dziwną presję i powodować, że czuję się nieswojo. Pamiętam, jak kiedyś z kolegą wpadliśmy do pewnego baru w Tajlandii, gdzie było kilkadziesiąt pań i może maksymalnie 5 facetów; tak, powiedziałbym że średnio 8-10 osobników płci pięknej przypadało na jednego mężczyznę. Wydawać by się mogło, że to raj na ziemi – ale zarówno ja, jak i kolega, autentycznie się wystraszyliśmy, kiedy nagle staliśmy się w centrum zainteresowania tak dużego grona. Być może, to kwestia tego, że prostytutki wywierają specyficzną presję i mają dość osobliwe energie osobiste – w końcu takiego uczucia doświadczyłem zaledwie dwa razy.
Ku mojemu zadowoleniu, zaczepki były dość spokojne: większość z kobiet nie mówiła w języku angielskim, ograniczając się do uśmiechów i przelotnych „hi”. Większość, za wyjątkiem jednej.
- „Masz ochotę się zabawić?” – słyszę w zdumiewająco dobrym jak na tę okolicę angielskim.
- „Nieee…. Mam dziewczynę” – skłamałem. Cóż, Allah wybacz.
- „Kłamiesz” – śmiało odparła, prawie bez namysłu, zadziwiając mnie niepomiernie.
- „Dlaczego tak uważasz?”
- „Gdybyś miał dziewczynę, byłaby tutaj z Tobą”.
Fakt, trudno się nie zgodzić z taką logiką, ale starałem się z tego jakoś wybrnąć.
- „Wiesz, została w hotelu, jest zmęczona całym dniem podróży, a ja postanowiłem wyjść na spacer”.
Nie wiem, czy w to uwierzyła, ale chyba ją przekonałem. Tak rozpoczęła się kilkuminutowa rozmowa, w trakcie której rozmawialiśmy o jakichś mało ważnych duperelach. W pewnym momencie postanowiłem zmienić nieco jej bieg i skierować ją na sprawy, hmm, że tak powiem, zawodowe :)
- „Ok, to ile?”
Zdziwionej nagłym biegiem rozmowy dziewczęciu zajęło około pół sekundy aby zdać sobie sprawę, że nagle zacząłem mówić o czymś zupełnie innym niż dotychczas. W ciągu następnej sekundy wykonała ruchy wskazujące na pewne onieśmielenie moją bezpośrednią postawą. Jestem przekonany, że eksperci od mowy ciała mogliby na tym zrobić prace magisterskie albo nawet i doktoraty: ugięła, delikatnie cofając do tyłu prawą nogę, nieco naprężyła plecy, spuściła nieco głowę oraz wzrok, złapała prawą ręką pukiel swoich długich, kruczoczarnych włosów po czym delikatnie je zakręcając wokół palca spojrzała na mnie ponownie i rzekła w nieco innym już tonie:
-„Dziesięć dolarów”.
Oniemiałem.
Dziesięć dolarów – trzydzieści złotych – to mniej więcej tyle, ile średnio w Sydney wydaję na obiad. To również równowartość tygodniowej, nisko kwalifikowanej pracy w Kambodży, którą można zarobić za godzinę spędzoną w męskim towarzystwie. Zupełnie niespodziewanie otworzyło mi to oczy na sytuację, w jakiej znajdowali się ludzie w tutejszym kraju. Wydaje mi się dziś, że ze zdziwienia musiałem zapewne wytrzeszczyć oczy, gdy jednocześnie dziękowałem mojej przemiłej rozmówczyni za propozycję. Kierując się z powrotem w stronę centrum miasta, zastanawiałem się jak musi wyglądać sytuacja finansowa tych ludzi, że oferują swoje ciała za tak niewielkie – z mojej perspektywy – pieniądze.
Jednocześnie, dziewczyna wyglądała na bardzo zadowoloną i pogodną. Często w Azji prostytucji nie traktuje się jako coś złego – zresztą, co jest w tym złego? Wbrew pozorom, dla wielu kobiet jest to zupełnie przystępna alternatywa, którą samodzielnie i bez oporów wybierają. Ja to zupełnie akceptuję, choć w seksie za pieniądze nie widzę niczego specjalnego ani wyjątkowego. W Kambodży rzecz jasna bym tego jednak nie spróbował; raz, że emocjonalnie pochłonęła mnie inna kobieta, dwa, że seks z prostytutką jest prawie jak rosyjska ruletka - masz szansę jedną na siedem że trafisz na zainfekowaną wirusem HIV. Przez pewiem moment myślałem nawet o tym, żeby tą dziewczynę zaprosić na kolację i dać jej tą dychę za wspólnie spędzony przy posiłku wieczór. Miałem ochotę bliżej poznać jej spojrzenie na życie i sposób myślenia, jednakże postanowiłem tego nie robić: obawiałem się, że może w pewnym momencie pokonać mnie moja słabość do pięknych, czekoladowych wdzięków mojej azjatyckiej rozmówczyni ;)
Wracając jednak do początku artykułu. Spojrzenie na świat przez pryzmat kambodżańskiej biedy pozwoliło mi zdecydowanie bardziej docenić swoją obecną życiową sytuację. Paradoksalnie, z drugiej strony coraz głębiej mam świadomość tego, że pieniądze – choć niezwykle pożyteczne i potrzebne – szczęścia zdecydowanie nie dają. Szczęście to ja, to kim jestem, jak się czuję, jak patrzę na świat. Szczęście to moja postawa wobec życia, wewnętrzny optymizm i radość istnienia. Szczęście to BYĆ, niezależnie od tego, co się ma.
No, to teraz moi mili, w ramach pragmatycznych ćwiczeń, pouśmiechajcie się do ludzi wokół siebie. Uśmiechnij się do samego siebie również, najlepiej przed lustrem ;-)
Oh, a odnośnie samej Kambodży, tutaj kolekcja zdjęć z tego fascynującego miejsca.