Pożegnanie

Dodany: sobota, Maj 14th, 2016

Mili państwo, czas się pożegnać. Z tego powodu, podjąłem decyzję o zamknięciu tej strony – kiedy tylko wygaśnie mi rejestracja domeny oraz rezerwacja miejsca na serwerze.

Czas podążyć w inną stronę. Nauczyłem się wiele, poznałem życie od duchowej strony w takim wydaniu, jakiego nigdy bym się nie spodziewał. Prawdą jest, że w podwórku duchowym jest jeszcze wiele, bardzo wiele do odkrycia – ale to zostawiam na później. Tymczasem, kontynuuję życie jako człowiek, istota z krwi i kości, i skupiam się na samorealizacji w innych, bardziej przyziemnych dziedzinach.

Projekt Elijah, mało aktualizowany już od dłuższego czasu, przestał mi służyć – i wątpię, aby służył w chwili obecnej komukolwiek innemu. Niemniej, niektóre z artykułów są nadal dostępne na www.rozwojduchowy.net, prowadzonym przez kolegę Anandanę, oraz pewnie da się je wykopać w sieciowych archiwach. Być może w przyszłości, projekt własnej strony zostanie podniesiony na nogi, zapewne w języku polskim jak i angielskim, ale to póki co pomysł gdzieś głęboko w szufladzie.

Jeśli chodzi o osoby potrzebujące pomocy – polecam serdecznie skontaktować się z Anią – pod adresem sajanka.bines@gmail.com. Ania ma zdolności i kwalifikacje ktore czynią ją, moim skromnym zdaniem, jedną z najbardziej utalentowanych osób w całym polskim ezoterycznym światku. Myślę, że jest w stanie pomóc w najbardziej skomplikowanych przypadkach, więc, nie zostajecie sami.

Dziękuję wszystkim, którzy odwiedzają tą stronę. Życzę wam dużo ciepła, pomyślności na duchowej ścieżce i najwyższego spełnienia, które jest nam, nieuchronnie, wszystkim dane, wcześniej czy później;)

Elijah – Daniel

PS. Ach, zapomniałbym – moje podróże i galeria zdjęć istnieć będzie nadal pod niezmienionym adresem – https://picasaweb.google.com/danielstrips
PS2. Albo tutaj – kiedy Google zabije Picase – https://goo.gl/photos/HMAY7jjp7BJvcnnXA


Uluru

Dodany: czwartek, Sierpień 20th, 2015

Ten kawał skały zrobił na mnie potężne wrażenie, znacznie ponad oczekiwania.

Polecam – galeria zdjęć z australijskiej ikony – Uluru.

PS. Zdjęcia z 2013, nadrabiam zaległości ;)


Europa – edycja 2015

Dodany: wtorek, Sierpień 4th, 2015

Wróciłem po 6 prawie latach niebytu, na prawie cały miesiąc, do Europy. Nie to, żeby mi się specjalnie do niej tęskniło – jest mi raczej dobrze w Australii, i do tego, jest jeszcze masa krajów, w których nie byłem. Ciągnęło mnie i nadal ciągnie do Am. Południowej, ale pod naciskiem partnerki (jakim tam naciskiem, zapytała po prostu grzecznie…), zdecydowałem się wrócić na stare śmieci.

Zanim napiszę więcej, tutaj jak zwykle galeria zdjęć, a do tego – jako że każdy Polak mnie o to pyta, kilka spostrzeżeń z mojej strony odnośnie RP.

1. Po pierwsze primo, powrót do kraju traktuję raczej w kategoriach turystycznych – więc nie ma to jakiegokolwiek przełożenia na to, co doświadczają ludzie żyjący w RP na co dzień. Zwłaszcza, kiedy przyjeżdża się do kraju z zachodnią, i do tego nie najgorszą pensją ;)

2. Po drugie primo – było zupełnie dobrze i znośnie. Obawiałem się nieco jakichś rasistowskich tekstów pod adresem mojej azjatyckiej panny, ale obyło się bez ekscesów. Możliwe też, że pozytywna aura którą ona właśnie roztaczała, umożliwiła mi spojrzenie na stare klamoty z zupełnie nowej, odmiennej perspektywy.

3. Po trzecie primo – nowe autostrady i drogi, pomijając ceny, to naprawdę fajna rzecz. Zwłaszcza, jak po takiej przyjemności jeździ się podrzędnymi krajówkami, widać, że pieniądze z Unii, przynajmniej po części, idą na coś sensownego.

4. Po czwarte primo – bez obrazy czytelniczki, ale gdzie się podziały te piękne polskie kobiety? Po RP, jak galeria i mapka wskazuje, byłem w Pradze, i co chwilę się potykałem o panny o wyjątkowej urodzie, tymczasem w RP, tak, kilka ładnych widziałem, ale były to raczej wyjątki. Z drugiej strony, nie bujałem się po specjalnie wielkich miastach, może to to.

5. Po piąte primo – jedzenie w Polsce – pyszne, do trzech dni, później poczułem się ociężały jak afrykański błotny bawół. Chyba gdybym miał mieszkać na dłużej w RP – co raczej nie wchodzi w grę – zastanawiałbym się nad głębokim wegetarianizmem.

6. Po szóste primo – może to tylko wrażenie turysty, ale mam wrażenie, że klimat mentalny w RP zmienił się na lepsze. Kiedyś odczuwałem większy kontrast między RP vs Europa Zachodnia, dzisiaj jest nieco mniejszy, ludzie jacyś spokojniejsi się wydają, i ogólnie jakby zauważalna poprawa.

7. Po siódme primo – echhh, wystarczy ;)

Miłego oglądania zdjęć ;)


Mistrz na dragach, czyli Ayahuasca (San Pedro) w akcji

Dodany: poniedziałek, Maj 11th, 2015

Tak, nadal prowadzę proste i nieskomplikowane życie, co wcale nie oznacza, że jest ono szare jak papier toaletowy i pozbawione ciekawych akcentów. Jednym z nich było coś, co od dawna chciałem doświadczyć – czyli ceremonia Ayahuasci (jak to się po polsku odmienia?). Dzięki niemałym zabiegom, udało mi się w końcu dotrzeć do grupy, która to w mojej okolicy organizuje, i po wpłaceniu dość sporej kwoty, dostałem się do zaczarowanego kręgu. W końcu, Aya to moda, a za trendami trzeba podążać, co nie? ;)

Zacznijmy jednak od wniosków:

Czy owe roślinki to narkotyk? Zdecydowanie TAK.
Czy wyniosłem z tego jakieś korzyści? TAK
Czy można się dzięki temu „duchowo rozwinąć”? ZALEŻY – czytaj poniżej
Czy zrobiłbym to ponownie? Zdecydowanie NIE.

Przechodząc do szczegółów.

Po żmudnych interpretacjach mocno prymitywnej mapki, która miała być bezproblemowo łatwa, udało mi się w końcu dotrzeć do miejsca spotkania. Polna droga prowadziła do miejsca zupełnie nigdzie, w środku lasu, i była niezłym wyzwaniem do mojego nieterenowego „Bolbo”. Pierwsza myśl, kiedy wysiadłem z auta, była w języku angielskim i w najlepszym wypadku można ją – poprawnie politycznie – przetłumaczyć jako „co za zapyziała dziura”. To intuicyjne odczucie było w miarę zgodne z moimi wątpliwościami odnośnie ludzi, którzy ową ceremonię prowadzą – ale z drugiej strony, wiedziałem że są raczej niegroźni i że nic w sumie złego mnie tam nie spotka. Nie pomyliłem się – zamiast wzniosłych, wysokowibracyjnych, uduchowionych mistrzów, zobaczyłem bandę pseudo-newageowskich hipisów, którym wydawało się, że sięgnęli niebios. Spoko, mam nawet sentyment to takich klimatów – jako że w poprzednim wcieleniu sporo bujałem się z hipisami, poczułem się jak w domu. Po przywitaniu i tradycyjnej wymianie uprzejmości, okazało się, że zapisałem się na DWIE ceremonie, jedna – San Pedro, druga – Ayahuasca, i San Pedro odbędzie się w pierwszej kolejności. Może być, wsio ryba, obydwie miały mi dostarczyć dawki DMT, choć do końca nie jestem tego pewny, jako że kaktus to chyba bardziej meskalina?

Pomijając dalej zbędne szczegóły – coś około godziny 14:00 wylądowałem w ceremonialnym kręgu, a przede mną stał kubek z zieloną substancją, która miała otworzyć mnie na „real world”, prawdziwy świat, jak to nazwała pewna z uczestniczek. Z nieśmiałością dziewicy, która i chciałaby, i boi się, wypiłem substancję, która mimo ostrzeżeń, wcale nie miała takiego złego smaku – niejedna chińska ziołowa herbatka smakuje gorzej. Jako, że jestem dość sensytywny na wszelkiego rodzaju substancje pompowane w ciało, już po kilku minutach poczułem pierwsze efekty – lekkie rozluźnienie i humorek, jak po strzeleniu browara. Spoko. Prowadzący szaman zabrał nas na spacer po lesie – chyba w celu zwiększenia metabolizmu (przynajmniej wg jego mniemania). Nie trwał on długo – może pół godziny, po których poczułem, raz, że zupełnie nie mam ochoty łazić po lesie, a dwa, zaczyna mi się zbierać na wymioty (vomit). Och, przepraszam, słowo niewłaściwe – wymioty w owym duchowym doświadczeniu nazywane są oczyszczeniem (purge). Jak zwał, tak zwał – w końcu około godzinę po spożyciu towaru, chamsko chlusnąłem na glebę w lesie.

Towar zaczynał coraz bardziej działać, i to działanie trwało do mniej więcej 1-szej w nocy, choć skutki odczuwałem jeszcze długo później. Zaczynając może od pozytywów:
* Bardzo ciekawa rzecz – na samym początku, poczułem, że chce mi się iść do lasu, pociągnęło mnie w inną stronę niż chciałem iść i nagle zatrzymawszy się, załapałem że patrzę na motyla, i po jeszcze dłuższej chwili, zajarzyłem że to nowo narodzony motyl co dopiero wybił się z kokonu. Musnąłem go delikatnie aby upewnić się że to nie iluzja – ale nie, był na prawdę, i chyba jeszcze nie zaczął w pełni funkcjonować, jako że nie uciekł po moim dotyku. Nie mam pojęcia jak to znalazłem, ale wydało mi się to bardzo symbolicznie pozytywnym wydarzeniem.
* Roślinka skutecznie wyłącza Twoje „świadome ja”, i ma się w sumie dość ciekawy wgląd w podświadomość. Nie to, żeby taki wgląd nie był możliwy innymi metodami – ale w tym wypadku jest to dość osobliwe, zwłaszcza kiedy PŚ zaczyna w dość nieskładny sposób wyrzucać pewne tematy na powierzchnię. Tak, zrobiłem z tego dobry użytek, o dziwo poukładałem kilka tematów i myślę, że to największy bonus i korzyść z całego doświadczenia. Powiem tylko, że mocniej utwierdziłem się w postanowieniu prowadzenia prostego i nieskomplikowanego życia – ale to w sumie nic nowego, patrz poprzedni wpis na blogu.
* W pewnym momencie, leżąc na sofie, przypomniało mi się, że taki zaćpany stan znam doskonale z poprzedniego wcielenia, o którym wspomniałem wcześniej (i pewnie z wcześniejszych wcieleń również). Uświadomiłem sobie też jasno, że to do niczego w sumie duchowo nie prowadzi, i przekazałem to ze 2-3 hipisowskim pannom, które zajmowały się kuchnią, były trzeźwe i niczego nie brały – i chyba w rezultacie to stwierdzenie nieco je zirytowało ;) Suma sumarum – poczułem, że dopełniła się karmiczna intencja i dość paradoksalnie, przeszła mi w tym momencie ochota na branie jakichkolwiek używek, psychodelików czy czegokolwiek innego (nie to, żebym to dużo brał, to w sumie moje pierwsze – i raczej ostatnie doświadczenie z takimi rzeczami).
* Ogólnie jest to doświadczenie dość zabawne i raczej unikatowe, a ponieważ ja wysoko cenię swoje doświadczenia, jakiekolwiek by nie były, to i to również cenię. Rozbawił mnie np. opos, który wykorzystując ciemność wdrapał się na stół – i choć był on zastawiony masą owoców, to najbardziej przypadły mu do gustu krakersy i humus. Ciekawe, że bestia mnie się nie bała, choć miałem go na wyciągnięcie ręki ;)

No, to byłoby na tyle, jeśli chodzi o część chwalebną narkotykowego różańca. Cała reszta, to mózgojebne działanie halucynogenu, które jak pisałem, dość mnie rozbawiło, czasami do śmiechu na głos, bo skoro tak czy siak byłem w tym stanie bez możliwości wysiadki, to już nic innego chyba z tym nie dało się zrobić, jak się nim cieszyć:
* Halucynacje wzrokowe – tańczące, falujące drzewka, skaczące gwiazdy, rozmaity kontrast (raz wszystko wydawało się jasne, raz ciemne), zmieniające się wzorki, itd. – wszystko z otwartymi oczami. Z oczami zamkniętymi – coś a la kolorowe kalejdoskopy. Bardzo zabawne było patrzenie na coś, i bycie jednocześnie przekonany, że ma się zamknięte oczy. Sweet.
* Dźwięki – zasadniczo przyjemne, z oznakami pomieszania z popierdoleniem – na przykład, widzisz jak ktoś wchodzi do pomieszczenia, a w głowie dźwięk interpretowany jest jakby dobiegał z tyłu. Inna zabawna rzecz – widzisz kogoś idącego, natomiast dźwięk dociera z pewnym opóźnieniem
* Dotyk – czasami zabawne było dotykanie czegoś, np. sofy, podczas którego miałem wrażenie, że jest zrobiona z porowatej gumy. Plus parę innych halucynacji. Z drugiej strony, myślałem, że kontakt z żywym człowiekiem będzie dość przyjemniejszy, ale w sumie gdy przypadkowo trąciłem rękę pewnej kobiety, wrażenie miałem jakbym dotykał coś z betonu, niż żywą istotę.
* Smak – nic specjalnego, przymulone zmysły smaku, ledwo odczuwałem co jem (lub piję); nie próbowałem zbyt wielu rzeczy, jako że wymioty męczyły mnie zbyt mocno, i nie miałem na nic ochoty
* Zapach – na to nie zwracałem specjalnie uwagi, choć pamiętam jeden moment, w którym kilka metrów ode mnie, ktoś pokroił cytrynę – nagle dość intensywnie odczułem zapach, i aż byłem zdziwiony jego intensywnością, jako że w normalnym stanie świadomości, nie pamiętam abym kiedykolwiek poczuł cytrynę z takiej odległości.
* Ciało – to chyba najmniej przyjemna część doświadczenia – mimo, że normalnie doskonale odczuwam swoje ciało, miejsca zrelaksowane i napięte, przepływy energii, itd. – w tym wypadku, straciłem kontakt z ciałem niemalże całkowicie. Nie wiedziałem do końca, czy jest mi zimno czy ciepło, czy jestem głodny czy spragniony, itd. – wszystkie sygnały z ciała z jakiegoś powodu były dla mnie kompletnie niezrozumiałe. Przykładowo, przez pół godziny odczuwałem jakiś dyskomfort, zanim w końcu zrozumiałem, że to pełny pęcherz i należy się wypróżnić (co w sumie było kolejną, dość interesującą iluzją – czułem jakbym sikał dwoma strumieniami ;) Z jakichś też powodów, czułem jakbym nie mógł mówić i przez dłuższy czas sprawiało mi to dość spory kłopot.
* Umysł – tutaj ciekawa dwoistość – z jednej strony iluzje jak wyżej, do tego, miałem kłopot z komunikacją z ludźmi (czasami nie nadążałem za tokiem rozmowy ;), z drugiej strony, mogłem dość łatwo wertować rzeczy w podświadomości – i o dziwo, miało to zupełny sens i dość dobrze to pamiętam. Generalnie zewnętrznie działał kiepsko, wewnętrzne analizy działały dość sprawnie.

No i najważniejsze, czyli aspekt duchowy. Mój najlepszy komentarz do tego to:

HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA  HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA

Szczegółowo zaś:
* Medytacja – jeśli ktoś może medytować siedząc wewnątrz włączonej betoniarki, to z łatwością będzie również medytował w stanie zaćpania. W przeciwnym razie, z kalejdoskopami przed zamkniętymi oczyma i chaosem w głowie, na sensowną głęboką, wyciszającą, wewnętrzną medytację bym nie liczył.
* Energia – żadnych subtelnych energii ani niczego z tym związanego nie odczuwałem. Jasne, komuś może się wydawać, ze przepełnia go miłość, itd. – ale wymęczenie rano na oczach wszystkich uczestników jasno sugerowało prawdziwą naturę doświadczenia. W normalnym wypadku, wysokie wibracje motywują, dodają siły, energii, chęci, zapału – tymczasem, rano każdy wyglądał jak zużyty kalosz.
* Wyższe światy – jako że miałem wglądy energetyczne w wysokie wibracje i bardzo wysoko rozwinięte formy energii, jedne co mogę powiedzieć, że to doświadczenie nie miało z tym ABSOLUTNIE NIC wspólnego. Zupełnie inna bajka.
* Kontakt z WJ – parę intuicyjnych przekazów, ale nic nadzwyczajnego w sumie. Czy można ten stan wykorzystać na lepszy kontakt z WJ? Nie wiem, może, ja nic takiego nie doświadczyłem.
* Kontakt z wysoko rozwiniętymi astralnymi istotami – dupa zbita i blada. Ot, tyle.
* OOBE – tak, próbowałem wyjść z ciała, ale jako że we łbie miazga i do tego ciało odczuwałem raczej nieprzyjemnie, nic się z tego nie udało
* Kontakty ze zmarłymi – tak, jako facet ze sporym doświadczeniem w zakresie egzorcyzmów, zobaczyłem na ścianie zdjęcie zmarłej kobiety – i od razu wiedziałem, że ona już nie żyję (bez ekscytacji jednak – na trzeźwo również to potrafię). Próba skomunikowania się z tą kobietą – kompletny beton. Przyszła podpowiedź, że dla jej dobra, społeczność hipisowska powinna ją puścić, ale to był chyba jedyny intuicyjny wgląd jaki miałem w temacie, poza tym – nicość i pustka.
* Opętania – ktoś sugerował, że w takim stanie mogą zdarzać się opętania przez istoty astralne. Nic takiego mi się nie przydarzyło (zresztą mi się to raczej nie przydarza – to raczej ja jestem myśliwym w tym temacie hehe), ale to całkiem prawdopodobne, jeśli nie jest się odpowiednio zabezpieczonym.
* Uzdrawianie – jako mistrz Reiki w ogóle sobie nie wyobrażam sesji leczenia w takiej kondycji. Czy ktoś mógł wyzdrowieć w takim stanie? Nie wiem, może. W mojej grupie, nikomu nic się cudownie nie uzdrowiło.
* Inne – nie próbowałem, choć raczej wątpię, aby cokolwiek z tego wyszło.

Podsumowując – jeśli za „rozwój duchowy” uważasz sam fakt swojego istnienia na tej planecie (co jest w gruncie rzeczy prawdą, z pewnej perspektywy), to tak, doświadczenie to jest rozwojem duchowym. Jeśli zaś, „rozwój duchowy” to praktyki opisane powyżej, to nic z tych rzeczy. Ja osobiście wyciągnąłem z tego doświadczenia pewne korzyści i wnioski i generalnie jestem za nie wdzięczny, to jednak wiem, że to nie tędy droga i nie zamierzam tego więcej powtarzać. Jak ktoś ma ochotę się pobawić i samodzielnie wyciągać wnioski, to polecam, jeśli nie – to naprawdę, w sumie niewiele stracisz i lepiej spędź ten czas na czymś pożyteczniejszym, na przykład, układaniu Lego ;)

Z serdecznym pozdrowieniem, raport zdał Elijah.

PS. Ponieważ po pierwszej nocy odechciało mi się zupełnie psychodelików, nie zostałem dłużej aby spróbować Ayahuasci. Jednakże, przed odjazdem porozmawiałem z pewnym dość uczciwym Brazylijczykiem, miłośnikiem psychodelii, który uczciwie – w przeciwieństwie do owych widzących w dragach oświecenie hipisów – przyznał mi, że całość doświadczenia z San Pedro bardzo przypomina mu jego wcześniejsze tripy na kwasie (LSD) czy halucynogennych grzybkach. Utwierdziło mnie to do końca w przekonaniu, że to w sumie jedynie narkotyk, więc nie miałem już więcej ochoty próbować innych specjałów – wątpię, aby przyniosły one mi cokolwiek więcej, niż to powyżej, i jeszcze bardziej wątpię, aby były one w jakikolwiek sposób „oświecające”…


Piszę „coś” ;)

Dodany: sobota, Maj 2nd, 2015

Jak stali (są tacy w ogóle?) czytelnicy bloga mogą zauważyć, ostatnio nie piszę wiele. Wygląda na to, że jest to problemem, i chyba nawet dwie osoby próbowały mnie zmotywować do pisania pod ostatnim wpisem rzucając komentarzami typu „napisz coś” ;)

Więc piszę – coś.
Zadowoleni? ;)
Jak nie, specjalny przekaz dla malkontentów, z dużych liter – COŚ ;)

Niestety, wiele ode mnie spodziewać się już nie możecie. Jak pisałem wcześniej – wciągnęło mnie na dobre życie codzienne – i jest nadal fajnie: spełniam się i realizuję, mieszkam w świetnym kraju, mam doskonałą pracę, grupę dobrych znajomych i do tego, jestem w bardzo udanym związku, z bardzo kochającą i wysoko harmonizującą osobą. Co do tego ostatniego stwierdzenia – tak mi dobrze, że nawet nie sądziłem, że aż tak fajnie związki mogą wyglądać, no ale, uczymy się całe życie, nieprawdaż? O mojej partnerce mógłbym napisać znacznie więcej, to autentycznie bardzo prosta i jednocześnie niezwykła kobieta, tylko, co to komu da, poza zwykłym, jak często w RP bywa, wzbudzeniem zazdrości? :)

Co więcej pisać? Moja samorealizacja ostatnio mało dotyka tematów duchowych. Tak, skupiam się na czymś dość przyziemnym, na co raczej nie ma miejsca na tym blogu. Duchowo – raczej spokój. Czasami pomedytuję, popracuję z wahadłem, czasami jakiś egzorcyzm, ale raczej rzadko. Ostatnio odezwał się do mnie człowiek, który na wymianę chciałby zrobić sesje regresingu – o dziwo zna temat i mieszka ode mnie 15 min jazdy samochodem, więc może popchniemy temat (choć dodam, zanim mnie ktoś zlinczuje, że moje sesje raczej z regresingiem niewiele mają wspólnego – czytaj poprzednie artykuły).

Odkrywam też coraz bardziej, że lista osób, które naprawdę coś wiedzą o duchowości, jest bardzo, bardzo mała. Sam też, po wglądach jakie miałem w trakcie sesji z D. (czytaj tutaj o tym, jak dotknąłem wszechświata) jakieś dwa lata temu, poczułem się autentycznie małym i niewiele wiedzącym dzieckiem w obliczu czegoś, co przekracza moje pojęcie i rozumowanie.

Dlatego, dopóki nie ruszy mnie coś z miejsca, dopóty będę siedział cicho, może wklejając zdjęcia od czasu do czasu.

Namaste!


Tropiki Australii

Dodany: niedziela, Sierpień 10th, 2014

No to już ostatnia aktualizacja galerii – kilkadziesiąt zdjęć z kilkutygodniowego pobytu w tropikach Australii, wśród Aborygenów, którzy weszli w kontakt z białą cywilizacją mniej niż 100 lat temu. Napisałbym więcej, ale jako że był to pobyt sponsorowany przez <CENZURA> to niespecjalnie wiele mogę ani chcę na ten temat mówić… może kiedyś?…

Tymczasem, czas na zdjęcia:

 

https://plus.google.com/photos/112610583426125425700/albums/6045774261804831825


Południowe Indie

Dodany: niedziela, Sierpień 10th, 2014

Tak się zapędziłem, że aż o mały włos nie wkleiłbym na tej stronie linka do jednej z moich ostatnich podróży – do południowych Indii. Oto i on:

https://plus.google.com/photos/112610583426125425700/albums/6038497401510796241?banner=pwa

Komentarza nie będzie – no, może poza małą wzmianką, że Indie to jeden z najbardziej kulturowo zróżnicowanych krajów w jakich byłem. Podobało mi się tam niezmiernie (w przeciwieństwie do Sri Lanki), ale to może głównie dlatego, że podróż odbywałem w towarzystwie lokalesów, którzy doskonale znają swój kraj. Jeden z kolegów, jeszcze ciekawiej, jest przewodnikiem turystycznym, więc wie co się święci, gdzie iść, jechać, co jeść, i tak dalej… Także, wycieczka musiała się udać, hihi. Tymczasem, polecam link, aby zobaczyć część tego co i ja zobaczyłem – wiem, sporo zdjęć, ale miałem spore wyzwanie z wyborem tych najciekawszych, jako że po drodze była masa doświadczeń, wrażeń i przeżyć.


Borneo

Dodany: sobota, Lipiec 12th, 2014

Nadrabiam zaległości z mojej galerii – i z lekkim, zaledwie jednorocznym, he he, opóźnieniem wklejam zdjęcia z dwutygodniowej wyprawy na Borneo.

Kiedyś Cejrowski napisał, że są dwie najbardziej nieprzemierzone i dzikie dżungle na świecie – jedna to przesmyk Darien, łączący Panamę i Kolumbię. Druga – to właśnie ta na Borneo. Przyznaję, że kilka spędzonych dni w dżungli odmieniło moje spojrzenie na to, co w ogóle słowo „dżungla” oznacza. Siedząc w domu i oglądając National Geographics, ma się wrażenie bycia w przyjemnym, harmonijnym i fascynującym miejscu. I w pewnym sensie, jest to prawda, jednakże znajdując się tam na żywo, poczułem się jak w małej łódeczce na środku oceanu – bezbronny i zdany na łaskę żywiołu. Wokół mnie walka, codzienna bitwa o pokarm, przetrwanie, przeżycie. Co prawda, miałem na swoim wyposażeniu wszystkie cuda cywilizacji, które dawały mi znaczną przewagę nad otoczeniem – i w tym momencie człowiek zaczyna doceniać co nam cywilizacja tak naprawdę daje i jak daleko poszliśmy do przodu w stosunku do naszych przodków… Długi temat.

Tutaj zaś zdjęcia:

https://plus.google.com/photos/112610583426125425700/albums/6035030526308021441


Dlaczego jesteś Bogiem: animacja

Dodany: niedziela, Kwiecień 20th, 2014

Jeden z mistrzów Dalekiego Wschodu zapytany o Boga, zaczął kręcić uczniowi palcem przed nosem. Ten, rzecz jasna nie zrozumiał o co chodzi. Mistrz odparł: a co gdybym obciął ten palec? Nie poruszyłby się – odparł uczeń. No właśnie… co zatem nim porusza?

Nie pamiętam gdzie to przeczytałem i co to był za mistrz, oraz jakie dokładnie słowa zostały wypowiedziane, ale to bez znaczenia, esencja jest powyżej: dla każdego polecam kontemplację cuda Życiowej Siły.

Jeśli ktoś miałby wątpliwości co do tego, że jesteśmy Bogiem (a raczej: niezależnie od postaci i formy, w jakiej się przejawiamy, tworzy nas ta sama boska Życiowa Energia), proponuję obejrzeć sobie następującą animację:

https://www.ted.com/talks/david_bolinsky_animates_a_cell

Dla nie znających angielskiego: przedstawia życie w pojedynczej komórce. W pewnym momencie prowadzący mówi, że znamy ok. 1% wszystkich mechanizmów tam zachodzących. Absolutny geniusz Życia. Niezwykła praca, podziękować.

 


Wizyta w Sri Lance – zdjęcia

Dodany: środa, Kwiecień 9th, 2014

Tak, byłem, miód i wino piłem. Ale dawno, w ubiegłym roku: dopiero teraz zebrało mi się na publikację galerii.

Opisy w j. angielskim tylko, przepraszam, ale coraz mniej z j. polskiego korzystam… Codziennie głównie angielski, i doszło powoli do tego, że łatwiej czasami mi się w tym języku wyrażać niż ojczystym. Cóż, lata spędzone za granicą, robią swoje – ale cieszy mnie to, angielski jest językiem międzynarodowym, bez dwóch zdań.

Wracając do Sri Lanki – osobiście, ze wszystkich krajów odwiedzonych, notuję owo doświadczenie na samym dnie – naprawdę, żaden kraj nie zrobił na mnie równie negatywnego wrażenia. I to nie chodzi w sumie o same wrażenia wizualne – z tej perspektywy, to nawet bardzo interesujące miejsce, zróżnicowany, z górami, plażami, pięknymi parkami i innymi niezwykłymi miejscami (patrz Sigiriya – naprawdę piękna rzecz), ale ludzie… drogi boże. Tak złego traktowania jako turysta chyba nigdzie nie doświadczyłem, zdzierstwo, krętactwo, naciągactwo, podwójne cenniki praktycznie wszędzie, itd. – generalnie bardzo, ale to bardzo nieprzyjemnie. No, niektórym się spodoba, więc galeria jest tutaj. Miłego oglądania!